Muzyka współczesna
Relacje
Opera
Historia
Płyty
Archiwum Artykuły Książki Płyty Autorzy Koncerty Prenumerata Reklamy i Ogłoszenia Forum Kontakt
Relacje  Prawie wszystkie godziny

MusikTriennale w Kolonii

Wykonanie Klang - Die 24 Stunden des Tages, niedokończonego cyklu Stockhausena, na kolońskim MusikTriennale stanowiło swego rodzaju festiwal w festiwalu. W sobotę i niedzielę 8 i 9 maja, jednocześnie w dziewięciu miejscach (Filharmonii, kościołach i salach koncertowych), co godzinę od południa do północy rozbrzmiewały poszczególne jego części. Łącznie odbyło się prawie dwieście minikoncertów, każdy z jedną, trwającą od dwudziestu do czterdziestu minut kompozycją. Kto zatem dobrze zaplanował trasę, mógł wysłuchać wszystkich dwudziestu jeden z zaplanowanych przez Stockhausena dwudziestu czterech "godzin".
Sześć utworów przedstawiono po raz pierwszy, lecz nie one były najatrakcyjniejszymi pozycjami Klang-Festival - to, co ciekawe, ważne, piękne, odkrywcze i fascynujące można było odnaleźć przede wszystkim w utworach wielokrotnie już wykonywanych, zwłaszcza w pierwszych "godzinach": w Himmelfahrt na syntezator (lub organy), z krótkimi wstawkami na tenor i sopran, Antonio Pérez-Abellán musiał wykazać się wirtuozerią całkiem nowego typu, by nałożyć na siebie karkołomne przebiegi w rozmaitych tempach, mocno różnicowane pod względem dynamiki i barwy. Utwór trącił nieco pustą ekwilibrystyką, lecz przy uważnym śledzeniu polifonicznych zestawień wrażenie to ustępowało doznaniom całkiem niecodziennym. Druga "godzina", Freude - urzekająca niewymuszonym pięknem - to jakby obraz muzykującej pary aniołów: zarówno dźwięki, jak widok obu ubranych na biało harfistek przywodziły na myśl postacie z wczesnorenesansowego włoskiego malarstwa. Skojarzenia te wspomagała doskonała synchronizacja wykonania - absolutnie konieczna również dla przezwyciężenia ograniczeń narzuconych przez diatoniczny strój harfy - obejmującego też partie do tekstu hymnu Veni Creator, które obie wykonawczynie zaśpiewały czystymi głosami nie przerywając gry na instrumentach.
  STUART GERBER gra <i>Himmels-Tür</i> Stockhausena, Fot. Jörg Hejkal  
  STUART GERBER gra Himmels-Tür Stockhausena, Fot. Jörg Hejkal  
Nuda wkradała się w Natürliche Dauern, trwający dwie i pół godziny "cykl w cyklu", złożony z 24 utworów na fortepian solo: zainteresowanie kompozytora "naturalnymi" trwaniami, nie wyliczonymi ani metronomicznie, ani w sekundach i ułamkach, z punktu widzenia słuchacza okazywało się niekiedy zbyt elementarne i ezoteryczne zarazem - zwłaszcza w pierwszych kompozycjach, badających zjawisko wybrzmiewania w sposób powierzchownie przypominający muzykę Mortona Feldmana, choć w planie harmonicznym bardziej spójnie, bez owej ulubionej przez Amerykanina nielogiczności. Z kolejnymi utworami muzyka stawała się jednak coraz bardziej gęsta pod względem koncepcji i faktury, wieloaspektowa i wciągająca. Jak choćby w utworze piętnastym, w którym Benjamin Kobler zachwycił mnie, nie po raz pierwszy zresztą, czterokrotnie powtórzoną w różnych wariantach - od pojedynczych dźwięków do potężnych bloków akordowych - krętą wspinaczką od najniższych do najwyższych dźwięków, kontrapunktowaną nieregularnymi uderzeniami w rozmaitych rejestrach i przerywaną obsuwaniem się glissandami w obie strony, od których wykonawca, nie włożywszy mitenek, doznałby zapewne kontuzji. Szkoda, że pianiści sięgający do Natürliche Dauern z reguły wybierają utwory technicznie mniej trudne, o mylącej prostocie, a wymagające od słuchacza więcej dobrej woli.
Przedziwnym utworem jest czwarta "godzina" cyklu - Himmels-Tür przeznaczona na... drzwi, do których perkusista (Stuart Gerber) dobija się drewnianymi pałkami, wzbogacając tupaniem i tak zawiłe niekiedy rytmy. Kiedy wykonawca dochodzi do szczytów zapamiętania i wirtuozerii, jego wysiłek zostaje nagrodzony - drzwi (zbudowane z kawałków drewna "nastrojonych" na ściśle określone przez kompozytora wysokości) otwierają się, muzyk przechodzi przez nie i znika, zza drzwi dochodzą niepokojące dźwięki gongów, talerzy i syreny. Pojawia się mała dziewczynka, która zagląda ciekawie, co też tam, po niewidocznej stronie, się dzieje.
Podobnie jak dwa lata temu w Warszawie na Torwarze, Cosmic Pulses przyprawiły znaczną część publiczności o zawrót głowy - autor jednej z recenzji stwierdził, że ekstaza bywalców najlepszych berlińskich klubów nijak się ma do elektronicznych fantazji Stockhausena; ktoś inny miał pretensje, że pod koniec poszczególne warstwy utworu wyciszane są zbyt wcześnie, co nie pozwala na powrót do warunków panujących na Ziemi. Dwadzieścia cztery zapętlone melodie, transponowane i przyspieszane/zwalniane zgodnie z partyturą zrealizowaną pod okiem kompozytora przez Kathinkę Pasveer, poruszające się po licznych przestrzennych trajektoriach stworzyły potężny wir, z którego słuchacz świadomie może wyłowić tylko niewielką część. Sam Stockhausen, zafascynowany uzyskanym rezultatem, mawiał, że chciałby usłyszeć w swoim utworze wszystko, choć to niemożliwe i uważał Kosmiczne pulsy za odkrycie, które zainspiruje następne utwory.
Być może to właśnie chęć opanowania tego ogromnego materiału skłoniła go do dopisania solowej partii instrumentalnej bądź wokalnej do kolejnych, łączonych po trzy, od najniższych do najwyższych, warstw Cosmic Pulses. W ten sposób powstało osiem utworów o tytułach zaczerpniętych z Księgi Urantii: Havona (bas), Orvonton (baryton), Uversa (basethorn), Nebadon (waltornia), Jerusem (tenor), Urantia (sopran), Edentia (saksofon sopranowy) i Paradies (flet). Rezultat zaskakuje kompozytorską dezynwolturą - żywy głos w każdorazowym czterogłosie często sprawia wrażenie, jakby miał być tłem do czegoś innego, bardziej istotnego. Fletowy Paradies brzmi dość przyjemnie na tle wysokiego elektronicznego brzęczenia, w którym w zwolnieniu rozpoznajemy melodie z obecną w wielu częściach Klang motywiką; nagrany głos Kathinki Pasveer zapowiada temat kolejnych fletowych "wprawek": "Glissandi", "Mikrointervalle" itd. - gdzie im tam jednak do "ćwiczeń" z Kathinkas Gesang z Soboty (też na flet z taśmą). Uśmiechający się tajemniczo Jonathan de la Paz Zaens, w błyszczących kapłańskich szatach śpiewa: "Orvonton, ich bin ein Bariton", co wnosi element zamierzonego chyba humoru (w swoich kosmologicznych fantazjach Stockhausen zostawia nań trochę miejsca) i atmosferę balu przebierańców. Zastanawia, dlaczego kompozytor uznał swe studia nad Cosmic Pulses za utwory - czyżby zaślepiło go uwielbienie własnych odkryć i pomysłów?
Nieco inaczej sprawy się mają z siedmioma utworami przeznaczonymi na tria o różnym składzie: Schönheit (klarnet basowy, flet, trąbka), Balance (klarnet basowy, rożek angielski, flet), Glück (fagot, rożek angielski, obój), Hoffnung (wiolonczela, altówka, skrzypce), Glanz (fagot, altówka, klarnet, obój, trąbka, puzon, tuba - to też trio, bo cztery ostatnie instrumenty tylko "dostarczają niespodzianek"), Treue (klarnet basowy, basethorn, mały klarnet), Erwachen (wiolonczela, trąbka, saksofon sopranowy). Słucha się ich z przyjemnością, podobać się może koncepcja kameralnego muzykowania, jasność formy, nieco abstrakcyjny rysunek linii - kłopot w tym, że wszystkie są jakby wersjami jednego utworu: po wysłuchaniu dwóch triów powracające wielokrotnie motywy w rozmaitych ujęciach lub te same sceniczne gesty (obracanie się muzyków wokół własnej osi we fragmentach accelerando) zaczynają nużyć i nawet śmieszyć. Nic w tym oczywiście złego, że Stockhausen stworzył siedem wariantów jednego pomysłu, ale przedstawienie wszystkich na koncertach jeden po drugim znów stworzyło wrażenie autocelebracji. Z tych powodów zgodziłbym się z opinią krytyka "Kölner Stadt Anzeiger", który napisał (w recenzji trafnie zatytułowanej Meisterwerk ohne Serienreife - w wolnym tłumaczeniu: arcydzieło, które nie złożyło się w całość), że kompozytorską substancję Klang można ograniczyć do sześciu-siedmiu utworów i ponowne przedstawienie całego cyklu na raz nie miałoby większego sensu.
Przedsięwzięcie doszło do skutku z inicjatywy kolońskiego musikFabrik, a wykonawcami byli członkowie zespołu i "goście", czyli muzycy ze "świty" (Kathinka Pasveer, Suzanne Stephens, Antonio Pérez-Abellán) i kręgów bliskich Stockhausenowi (Marco Blaauw, Benjamin Kobler - obaj są również członkami musikFabrik, Stuart Gerber, harfistki Ester Kooi i Marianne Smit, klarnecistka Rumi Sota Klemm), w tym laureatów konkursów na kursach w Kürten (klarnecistki Petra Sumpf i Roberta Gottardi, klarnecista Michele Marelli). Jako wykonawcy muzyki Stockhausena muzycy "bliskiego kręgu" przeważnie górowali nad pozostałymi - grali zawsze doskonale i zawsze z pamięci - niemniej pozostali instrumentaliści musikFabrik również potwierdzili wysoką klasę. Czasem jednak czegoś brakowało: Hoffnung, zgodnie z podtytułem, jest na wiolonczelę, altówkę i skrzypce, a nie na trio smyczkowe (pewnie ze znanej niechęci twórcy do konwencjonalnych składów), lecz miałbym ochotę usłyszeć tę kompozycję w wykonaniu tria smyczkowego właśnie, grającego na co dzień zarówno repertuar klasyczny, jak nowoczesny; pewnie już samo zestawienie instrumentów nadało tu obcy muzyce Stockhausena nieco romantyczny odcień i kazało spojrzeć na utwór jako na piękny dodatek do literatury przeznaczonej na ten zestaw.
Wcześniej (5 maja) musikFabrik poszerzony do składu pięćdziesięcioosobowej orkiestry wykonał w kolońskiej Filharmonii starszy utwór Stockhausena - Hymnen mit Orchester pod nieomylną batutą Petera Eötvösa zabrzmiały dwukrotnie: przed przerwą i po przerwie. Wielu słuchaczy skorzystało z okazji, by z różnych miejsc przypatrzyć się tej wielonarodowej dźwiękowej panoramie, w której rzeczy obce, tajemnicze i niezrozumiałe, niczym myślący ocean z Solaris Lema, stapiają się "radiofonicznie" w osobliwą całość z urywkami znanymi i banalnymi (hymny państw). Oba wykonania przedzielił Klavierstück X znakomicie zagrany (też w mitenkach) przez Benjamina Koblera.
Eötvösa jako kompozytora można było posłuchać w operze Love and other Demons z roku 2008, w reżyserii Silviu Purcarete. Prawdę mówiąc, po muzycznej adaptacji opowiadania Marqueza spodziewałem się bardziej niecodziennych wrażeń: historia zakazanej miłości córki markiza, umieszczonej w klasztorze trzynastoletniej Siervy Marii, i księdza Cayetano Delaury, który miał wypędzić z niej diabła, obfituje w dźwiękowo inspirujące elementy: afrykańskie języki i obrzędy (Sierva Maria wychowywała się wśród czarnych niewolników), wielość ras i kultur na pozostających pod berłem Hiszpanii obszarach dzisiejszej Kolumbii, ich fantastyczne wierzenia i przesądy, rzekome opętanie głównej postaci, surowość doktryny Kościoła, europejska tradycja humanistyczna reprezentowana przez uczonego-wolnomyśliciela Abrenuncia. Coś z tego wszystkiego można było w operze odnaleźć, ale ogólnie dzieło odebrałem jako dość konwencjonalne i mało charakterystyczne, choć niewątpliwie sprawnie napisane - Eötvös jest nie bez powodu wziętym twórcą oper, także dlatego, że śpiewacy ich się nie boją. Właśnie strona wokalna przedstawienia zrobiła na mnie największe wrażenie: świetny chór, śpiewająca jasnym, nieco dziewczęcym głosem Anna Palimina w roli bohaterki, Miljenko Turk jako Delaura, znakomita Jovita Vaskeviciute jako czarna opiekunka Siervy Marii, sam René Kollo w roli fajtłapowatego markiza i paru innych.
  <i>Cosmic Pulses</i> Stockhausena w Filharmonii Kolońskiej, Fot. Jörg Hejkal  
  Cosmic Pulses Stockhausena w Filharmonii Kolońskiej, Fot. Jörg Hejkal  
MusikTriennale, w tym roku trwające od 24 kwietnia do 16 maja, jest zasadniczo poświęcone muzyce współczesnej, niemniej sporo miejsca zajmują koncerty muzyki dawniejszej, jazz, muzyka etniczna, taniec, projekty edukacyjne. Dzieła określone w programie jako "Schlusselwerke der neuen Musik" (Święto wiosny, Hymnen, Bagatele Weberna, "Hay que caminar" sońando Nona) były przedmiotem przygotowawczych warsztatów kompozytorskich dla najmłodszych słuchaczy (pomarzyć o czymś takim u nas!). Odbyło się ponad sto koncertów (nie licząc Klangu), niektóre niestety zachodziły na siebie. W programie wiele gwiazd, jak choćby Filharmonicy Wiedeńscy, których w programie złożonym z Uwertury tragicznej Brahmsa i V Symfonii Mahlera poprowadził obdarzony prawdziwie włoskim temperamentem i niezwykle ekspresyjny w gestach Daniele Gatti. Niektóre koncerty ("Lunch-Konzerte") zaczynały się już w południe: na jednym z nich Semyon Bychkov z orkiestrą WDR w nieformalnych strojach, ale bez żadnej taryfy ulgowej, porywająco wykonali Straussowskie Życie bohatera.
Poza wymienionymi udało mi się wysłuchać jeszcze dwóch koncertów: Thomas Adčs - kompozytor wzięty i niewątpliwie błyskotliwy - poprowadził Chamber Orchestra of Europe w swym monograficznym koncercie. Najważniejszą pozycją programu był koncert fortepianowy In Seven Days (Rolf Hind) z obrazami wideo Tala Rosnera, tworzącymi wraz z muzyką coś w rodzaju baletu nawiązującego do historii Stworzenia. Choć kompozytor i wykonawcy spisali się świetnie, dla mnie osobiście ciekawszy okazał się koncert hamburskiej orkiestry smyczkowej Resonanz pod dyrekcją Petera Rundela. Po utworach Reicha (Triple Quartet) i Scelsiego (Ohoi) zabrzmiało zamówione przez Festiwal Concertino for Recorders Misato Mochizuki, solistą na czterech odmianach fletu prostego był Jeremias Schwarzer. Do składu orkiestry smyczkowej japońska kompozytorka dodała klawesyn, a inspiracją dla muzyki stała się wspólna historia tego instrumentu i fletów, którą wyznaczały niuanse artykulacyjne, odcienie wyrazu i ozdobniki. Powstał utwór lekki, żywy, wirtuozowski, bardzo dobrze przyjęty przez słuchaczy.
Naprawdę porywająca była jednak druga część koncertu z Wielką Fugą B-dur op. 133 Beethovena w opracowaniu dyrygenta oraz Zipangu Claude'a Viviera. Muzyka kanadyjskiego kompozytora, zmarłego tragicznie w roku 1983 w wieku 35 lat, przeżywa obecnie nową falę zainteresowania, a Zipangu to jeden z jego najlepszych i najefektowniejszych utworów: o prostej, zasadniczo homofonicznej fakturze, z melodią podaną w niezwykłej, egzotycznie brzmiącej oprawie, której koloryt wyznacza wykonywane ze zwiększonym naciskiem smyczka tremolo.
Tegoroczne MusikTriennale odbywało się pod hasłem "Heimat - heimatlos"; przeglądając program całości miałem wrażenie, że (tak jak to zresztą zwykle bywa z hasłami festiwali) można pod nim zmieścić wszystko, co widać z tytułów koncertów: "Ojczyzna: Messiaen", "Wiara jako ojczyzna" (koncert Monachijskich Filharmoników z utworami Bacha/Schönberga i Brucknera), "Dźwięk bez ojczyzny" (wspomniany koncert Wiedeńskich Filharmoników) itp. Ale koncepcji programowej omawiać nie będę, bo chyba nie ona tu najważniejsza, a byłem tylko na jednym z trzech festiwalowych tygodni, w związku z czym ominęło mnie wiele smakowitych atrakcji, jak choćby wspaniałe orkiestrowe Earth Dances Harrisona Birtwistle'a, które, mam nadzieję, uda mi się kiedyś usłyszeć na żywo.

KRZYSZTOF KWIATKOWSKI

ROK LIV • NR 12 • 13 CZERWCA 2010


ROK LIV • NR 12 • 13 CZERWCA 2010

Biblioteka narodowa
Oficjalna witryna banku PKO BP
Szkoły muzyczne

  Wstecz  Do góry  Napisz do nas  DrukujSkomentuj

© 2006-2009 Biblioteka Narodowa