Muzyka współczesna
Relacje
Opera
Historia
Płyty
Archiwum Artykuły Książki Płyty Autorzy Koncerty Prenumerata Reklamy i Ogłoszenia Forum Kontakt
Opera  Muzyka jak schizofrenia

Rozmowa z Hanną Kulenty

MONIKA PASIECZNIK: Od prapremiery Matki czarnoskrzydłych snów minęło czternaście lat. Jak przez ten czas zmienił się Pani język muzyczny?
HANNA KULENTY: Jest wiele elementów, które łączą operę z moimi nowszymi utworami. Harmonia, glissanda w smyczkach, ostinata, pulsujące rytmy znamy choćby z Czwartego kręgu (1994) i innych kompozycji z okresu "transowego". Każdy kolejny utwór to oczywiście nowy etap rozwoju mojego języka muzycznego. Gdybym dziś pisała Matkę, na pewno zrobiłabym to inaczej.
Najpierw była koncepcja muzyczna, Pani wyobrażenie o tym, jak opera powinna brzmieć i wyglądać, potem - pod Pani okiem - powstało libretto Paula Goodmana...
  Portret Hanny Kulenty, Fot. Marek Suchecki  
  Portret Hanny Kulenty, Fot. Marek Suchecki  
- Mój język muzyczny cechuje wielość w jedności, którą nazywam "polifonią łuków". Chciałam oddać tę właściwość muzyki za pomocą środków teatralnych. Pomyślałam sobie, że uzupełnienie muzyki teatrem byłoby spełnieniem "polifonii łuków" w przestrzeni. Wtedy nasunął mi się temat schizofrenii, która jako rozbicie osobowości pasowałaby do tej koncepcji muzyczno-teatralnej i dodatkowo ją wzmocniła. Rozszczepienie mamy więc w muzyce, libretcie i na scenie, ponieważ Matka to połączenie opery i teatru dramatycznego. Obok siebie występują śpiewacy i aktorzy dramatyczni. Na scenie dwa symultaniczne światy przenikają się niczym dźwięki na stole mikserskim. Sytuacja przypomina balansowanie na linie, przechyla się raz w jedną, raz w drugą stronę i cała sztuka polega na tym, by utrzymać równowagę.
Dramaturgia jest tak skonstruowana, że akcja niekiedy ustępuje miejsca muzyce, przestajemy śledzić zdarzenia na scenie i nieświadomie przenosimy się na poziom czysto muzyczny, który funkcjonuje jako odrębna rzeczywistość. Śpiewacy stają się czasem chórem greckim, który przejmuje narrację, opowiada o tym, co się stało, komentuje lub wyprzedza akcję. Ale są też arie, które pojawiają się w momentach bardziej intymnych, kiedy dochodzi do konfrontacji śpiewaka z aktorem.
Matki czarnoskrzydłych snów nie należy odbierać jak zwykłą operę, to znaczy podążać za tekstem i śledzić konsekwencje słów wypowiadanych na scenie. Mój utwór bardziej działa na podświadomość, na zmysły. Dialogi opierają się na powtórzeniach, rzucanych hasłach, pojedynczych słowach, które są jakby zapętlone. W muzyce mamy to samo: arie powtarzane są w nowych konfiguracjach, stają się coraz bardziej dynamiczne, aż dochodzi do kulminacji. Celem mojej "polifonii łuków" - muzycznych i dramatycznych - jest wprowadzenie widza w trans, w którym tekst przestaje być ważny i pozostaje wielość wątków, swoisty kontrolowany chaos, jakby rozszczepienie światła, w którym zaczynamy widzieć rozmaite kolory.
Teatr stwarza możliwość równoległego, jednoczesnego przedstawiania kilku rzeczywistości, odmiennych sytuacji. W kinie jest to możliwe tylko w ograniczonym stopniu...
- Zgadza się! To właściwość przede wszystkim teatru i muzyki. W kinie musielibyśmy przedzielić obraz, co moim zdaniem nie miałoby sensu. Inspiracją do napisania opery było przedstawienie teatralne Zbrodni i kary Dostojewskiego w reżyserii Andrzeja Wajdy, które obejrzałam przed laty w Starym Teatrze w Krakowie. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie koncepcja sceniczna, spektakl rozgrywał się równolegle na dwóch poziomach: w specjalnym boksie oraz wokół niego. Wydzielone zostały przestrzenie wewnętrznych rozterek bohaterów i akcji jako takiej.
Czy to znaczy, że Pani opera czerpie bardziej z polskiej awangardy teatralnej niż z jakiejś tradycji operowej?
- Owszem. Dla mnie opera to sztuczny wytwór. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie lubię opery, bo wzrusza mnie muzyka operowa, arie operowe, ale - z drugiej strony - nigdy nie dociera do mnie tekst. Muzyka ma dla mnie taką siłę, że nie potrafię odciąć się od niej, by śledzić libretto. W mojej operze szukałam rozwiązania kwestii tekstu, który powinien zostać niejako przyswojony przez zmysły. Stąd rozbicie słów na sylaby i szczególne wpisanie tekstu w przestrzeń.
Muszę powiedzieć, że bardzo interesują mnie formy muzyczno-teatralne. W roku 2003 skomponowałam drugą operę Hoffmannianę według scenariusza Andrieja Tarkowskiego, która opiera się na podobnych założeniach, co Matka czarnoskrzydłych snów. Mamy rozszczepienie akcji, osobny wątek Tarkowskiego i E.T.A. Hoffmanna, akcja idzie jednocześnie z dwóch stron, w pewnym miejscu wątki się łączą.
A czym była Przypowieść o ziarnie? Czy coś łączy ten utwór z Matką?
- To była pierwsza próba skomponowania muzyki na scenę, którą podjęłam w 1985 roku. Punktem wyjścia był poemat Sylvii Plath Trzy kobiety. Powstał z tego monodram śpiewany dla aktorki i małego zespołu instrumentalnego, swoista miniopera, prototyp moich późniejszych utworów scenicznych. Różnica leży przede wszystkim w rozmiarach: Matka jest bardziej rozbudowana od Przypowieści, a Hoffmanniana od Matki. Mamy arie, które są przecież niezbędne w operze. Można zatem powiedzieć, że z czasem jednak zbliżyłam się do tradycji operowej.
W Matce wykorzystała Pani dźwięki elektroniczne. Jaka pełnią funkcję?
- Dźwięki elektroniczne pojawiają się od czasu do czasu i budują nastrój. Podbarwiają orkiestrę, z drugiej strony wpisują się w modus rozbicia na dwa media.
A jaką rolę ma do odegrania reżyser? Czy partytura zawiera szczegółowe didaskalia, które jasno wytyczają kierunek pracy, czy też ma on swobodę działania i interpretacji?
- Za wiele tej swobody reżyser nie ma. Nawet aktorskie teksty mówione zapisane są w taktach, urytmizowane, choć ostatecznie brzmią naturalnie. Sama to wszystko wyrecytowałam. Partytura dokładnie kontroluje dialogi, a przez to również działania na scenie. Jest też wiele zapisów moich własnych wyobrażeń tego, co powinno się zdarzyć w danym momencie, jak dana scena powinna wyglądać. Precyzja jest niezwykle ważna, ponieważ zarówno muzyka, jak libretto skonstruowane są z zachodzących na siebie wątków, które muszą być zsynchronizowane. Partytura jest gęsta i wymaga od reżysera, by podążał jej śladem.
Czy inscenizacje Clausa Gutha z 1996 roku i obecna Eweliny Pietrowiak bardzo się różnią?
- Inscenizacja Eweliny Pietrowiak operuje większą przestrzenią. Wrocławska Matka wystawiana jest w teatrze operowym, a nie - jak w Monachium - w sali teatralnej, gdzie muzycy siedzieli na scenie. Inscenizacja wrocławska jest bardziej spektakularna, więcej tu rozmaitych pomysłów. W Monachium było natomiast więcej zmian scenografii. We Wrocławiu przez cały czas przedstawienia mamy tę samą dekorację. Jest za to wspaniały ruch sceniczny opracowany przez Bożenę Klimczak.
Czy schizofrenia jakoś szczególnie Panią interesuje? Podobno uczyła się Pani holenderskiego czytając książki popularnonaukowe o tej chorobie...
- Rzeczywiście, czytałam trochę na ten temat. Ale wybór tematu schizofrenii wynikał z podobieństwa objawów do mojej koncepcji muzycznej i scenicznej. Doszłam do wniosku, że ten temat najlepiej pasowałby do wielości w jedności. Poza tym nie interesuję się jakoś szczególnie schizofrenią. Uważam, że nie jest ona właściwie chorobą, raczej zdolnością ocierania się człowieka o inne światy, inną czasoprzestrzeń. O tym jest też moja opera.
MONIKA PASIECZNIK

ROK LIV • NR 13 • 27 CZERWCA 2010


ROK LIV • NR 13 • 27 CZERWCA 2010

Biblioteka narodowa
Oficjalna witryna banku PKO BP
Szkoły muzyczne

  Wstecz  Do góry  Napisz do nas  DrukujSkomentuj

© 2006-2009 Biblioteka Narodowa