Muzyka wsp蟪czesna
Relacje
Opera
Historia
P硑ty
Archiwum Artyku硑 Ksią縦i P硑ty Autorzy Koncerty Prenumerata Reklamy i Og硂szenia Forum Kontakt
Historia  Jestem wdzięczna Polsce. Rozmowa z Idą Haendel

DOROTA SZWARCMAN: - Jestem bardzo wzruszona mogąc rozmawiać z Panią. Chowałam się na Pani nagraniach; za mojego dzieciństwa często odtwarzano je przez radio. Nie zapomnę zwłaszcza wykonania Tańc贸w rumuńskich Bart贸ka - nigdy nie słyszałam, żeby ktoś je tak grał.
IDA HAENDEL: - To nie moja wina...

- Raczej Pani zasługa.
- Niedawno byłam w jury pewnego konkursu skrzypcowego, kt贸ry wygrał młody chłopak z Ukrainy. Bardzo utalentowany, a jeszcze do tego przystojny niczym gwiazdor filmowy - wysoki, piękne blond włosy. Grał między innymi właśnie te Tańce rumuńskie. Słuchałam go i zastanawiałam się, jak to się dzieje, że ci młodzi nie czują tego piękna, nie umieją wydobyć stylu, grają tak powierzchownie.

- Bez duszy.
- To jest właściwe określenie. Grają mechanicznie, żeby jak najprędzej skończyć. A ta środkowa część, ta fujarka na flażoletach, jest taka piękna... Ale komu dziś w głowie piękno. Edukacja jest powierzchowna, ludzie myślą przede wszystkim o tym, jak najwięcej zarobić. I wszystko na tempo. Ściganie się: ktoś gra dany utw贸r w rekordowym czasie siedmiu minut, ale zaraz ktoś inny ten rekord pobije i zagra w sześć minut i pięćdziesiąt dziewięć sekund. A co jest najtrudniejsze w balecie? Nie piruety, ale adagio. Żeby umieć się zatrzymać, tańczyć powoli i mieć nad tym kontrolę. To samo jest z muzyką. Szybko grać potrafi każdy, kto trochę opanuje technikę. Ale kontrolować smyczek, mieć tę siłę woli, żeby nie puścić go za wcześnie - to jest najtrudniejsze, taką techniką mało kto dziś włada. Ludzie nie zdają sobie z tego sprawy.

- Czy zajmowała się Pani nauczaniem? Miałaby Pani tyle do przekazania...
- Nie uczę. I nie chcę. Może kiedyś, kiedy już nie będę grać, zmienię zdanie, ale jeszcze nie teraz. Czasem zaprzyjaźnieni profesorowie namawiają mnie na kursy, masterclasses, na całym świecie. Ale wydaje mi się, że i tak już jest za dużo skrzypk贸w, kt贸rzy nie mają gdzie grać. A poza tym, jeśli ktoś chce się naprawdę czegoś ode mnie nauczyć, to dlaczego ja mam mu opowiadać, co robię na skrzypcach? Niech słucha, jak gram! Jak nie potrafi wysłuchać i nie wie, o co chodzi, to przecież jest strata czasu mojego na estradzie i jego na widowni.

- U Pani też zaczęło się od słuchania?
- Wzięłam skrzypce do ręki po raz pierwszy, kiedy miałam trzy i p贸ł roku. To były skrzypce mojej starszej o osiem lat siostry Alicji. Ojciec, choć pochodził ze wsi z ortodoksyjnej żydowskiej rodziny, kochał muzykę i sam marzył, żeby zostać skrzypkiem. Został malarzem portrecistą, lecz postanowił, że pośle dzieci na naukę muzyki. A było to w Chełmie, gdzie się urodziłam. Ojciec posłał moją siostrę do profesora Dobkowskiego. Ale pewnego razu przyszłam ja, wzięłam instrument do ręki i powiedziałam: "Ja tu jestem skrzypaczką". Były to skrzypce trzyćwierciowe, ale jakoś sobie poradziłam. Profesor Dobkowski usłyszał mnie pierwszy. Ja tego nie pamiętam, ale podobno złapał się za głowę i wołał, że jeszcze czegoś takiego nie widział ani nie słyszał. Bo ja od razu grałam - nie skrzypiałam, nie rzępoliłam, tylko grałam pełnym dźwiękiem. Chyba rok p贸źniej wystąpiłyśmy z siostrą w duecie jako para cudownych dzieci, a potem ona zdecydowała, że wybiera fortepian. Tylko to było już p贸źniej, kiedy mieszkaliśmy w Warszawie, potem w Londynie.

- W Warszawie posłano Panią do konserwatorium, a jednocześnie jeździła pani na lekcje do Carla Flescha.
- Ojciec chciał, żeby to właśnie on przygotował mnie do Konkursu im. Wieniawskiego. Pojechaliśmy do Paryża, gdzie chodziłam do niego na lekcje może z miesiąc. Po konkursie zn贸w co parę miesięcy jeździłam do niego, ale już do Londynu, gdzie zostaliśmy na stałe, gdy wybuchła wojna.

- Pamięta Pani konkurs? Odniosła Pani największy sukces w polskiej ekipie: si贸dme miejsce.
- To był dla mnie naprawdę wielki zaszczyt, bo ten pierwszy konkurs był wspaniały, jeśli chodzi o poziom. Ginette Neveu niestety zginęła w wypadku, ale Dawid Ojstrach, Henri Temianka, Bronisław Gimpel - to same wielkie nazwiska. Do konkursu przystąpiła też poza mną tr贸jka dzieci, także znakomita. Najstarszy był Borys Goldsztajn, nazywali go Busia. Spotkałam go parę razy wiele lat p贸źniej, kiedy byłam na koncertach w ZSRR. Był nadzwyczajnym skrzypkiem. Trzecim dzieckiem była Jelizawieta Gilels, siostra Emila, a czwartym J贸zef Chasyd.

- Także przedwcześnie zmarł.
- Miał 24 lata. Wielki talent. W sumie każdy z nas zrobił karierę.

  IDA HAENDEL, Fot. Grzegorz Chwesiuk  
  IDA HAENDEL, Fot. Grzegorz Chwesiuk  
- Pani była najmłodsza. Po konkursie więc uczyła się Pani dalej...
- Oczywiście. Ojciec stwierdził, że Flesch mi nie wystarczy. Powiedział: "Ty potrzebujesz jeszcze czegoś innego. Flesch nadzwyczajnie potrafi uczyć ludzi z problemami technicznymi. Ty grasz wszystko, ale trzeba ci jeszcze muzyki". I wymyślił, że zabierze mnie do Enescu. Pojechaliśmy do Paryża - i to była rewelacja. Otwarcie oczu. Od razu poczułam, że właśnie tędy droga. Enescu był geniuszem. Dyrygował i komponował, był nadzwyczajnym pianistą i fenomenalnie grał na skrzypcach. Kiedy usłyszałam, jak gra drugą część Sonaty D-dur H盲ndla... To było po prostu niebiańskie. Taka czystość - to nie jest właściwe słowo, to nie to samo, co angielskie purity. Purity oznacza raczej czystość duszy. Tak on grał. Dziś nie ma takich ludzi, tak poświęconych muzyce, skupionych na niej, oddanych jej. To niczym religia, jak najczystsza wiara. Na lekcjach m贸wił mało, kiedy chciał coś pokazać, grał na fortepianie, nie na skrzypcach. Ale od razu zrozumiałam, o co mu chodziło.

- Pani ojciec miał niesłychaną intuicję w doborze pedagog贸w.
- Wszystko wiedział. A przecież nie uczył się nigdy. Kiedy byłam już dorosłą dziewczyną, pr贸bowałam go egzaminować. Grałam mu utw贸r w dw贸ch odmiennych interpretacjach i pytałam: "Tatusiu, jak uważasz, kt贸re wykonanie jest lepsze?". Jego odpowiedzi były zawsze bezbłędne. Nie tylko moi nauczyciele, nie tylko artyści, kt贸rym byłam przedstawiana, także muzycy, z kt贸rymi wsp贸łpracowałam, zawsze chcieli rozmawiać o muzyce nie ze mną, a z nim. Nie zwracali na mnie uwagi. Oczywiście to dlatego, że byłam dzieckiem, chociaż nie tylko - po prostu mieli wielką przyjemność z rozmowy z ojcem, kt贸ry wszystko doskonale rozumiał, a ja przecież nie zawsze. Działo się tak jednak i p贸źniej, kiedy byłam już starsza: kiedy po raz pierwszy grałam pod batutą Sergiu Celibidache: on też poszedł na pr贸bie z moim ojcem na stronę i długo rozmawiali o interpretacji, o frazowaniu, a ja stałam i patrzyłam z daleka: co się dzieje? A co ze mną? Byłam zazdrosna.
Jako dziecko byłam przedstawiana wielu wybitnym artystom. Opowiem anegdotę o Jaschy Heifetzu. Krążyły o nim opinie, że jest zimny i nieprzystępny. Pewna chińska skrzypaczka opowiadała mi, że spytała go, czy mogłaby przed nim zagrać. Zgodził się. Przyszła pięć minut przed um贸wioną porą - wyrzucił ją i powiedział: "Przyjdź za pięć minut". Myślę, że nie był gburem, tylko miał specyficzne poczucie humoru. Poznałam go, kiedy miałam siedem lat, ale dopiero kilka lat p贸źniej w Los Angeles poznaliśmy się bliżej. Zaprosił mnie na lekcję. Przyszłam w kapeluszu z dużym rondem - zwykle w takich chodzę - a on spojrzał i zapytał: "Dlaczego nosisz taki wielki kapelusz?". A ja na to: "Bo to jest taki m贸j body guard - nikt za blisko do mnie nie podejdzie". Bardzo się śmiał. Jestem przekonana, że był niezrozumiany - wszyscy się go bali, bo myśleli, że jest taki surowy. A on nieźle się tym bawił.

- Chciałam jeszcze spytać o początki Pani nauki: pochodzi Pani z ubogiej rodziny, skąd rodzice mieli pieniądze na wyjazdy za granicę, jak utrzymywali się państwo w Warszawie?
- Muszę powiedzieć, że jestem bardzo wdzięczna rządowi polskiemu, kt贸ry przyznał mi stypendium na studia. Otrzymywałam je aż do wybuchu wojny. Popierała mnie r贸wnież Filharmonia Warszawska; jako dziecko grywałam na koncertach piątkowych. Pamiętam niejakiego pana Cichockiego, kt贸ry miał zawsze w kieszeni pełno cukierk贸w. Nie wszystkim muzykom się podobało, że z nimi gram; jeden z nich - nie pamiętam nazwiska - protestował, m贸wił - po co taka mała dziewczynka ma grać na koncertach, niech idzie do szkoły! Ale go nie słuchali i zapraszali mnie nadal. Wszystko to opisałam w autobiografii Kobieta ze skrzypcami, wydanej w Londynie w 1970 roku. Teraz piszę drugą część, ale wciąż nie mam kiedy jej skończyć. Być może los chciał, żebym mogła opisać to, co mnie teraz tu spotkało: wizytę w rodzinnym Chełmie, grę w Birkenau przez Benedyktem XVI. A także koncert w Krakowie poświęcony pamięci Jana Pawła II, kt贸rego bardzo podziwiałam. Atmosfera była znakomita. Zawsze ze wzruszeniem wracam do Polski. Jesienią przyjadę zn贸w, żeby uczestniczyć w pracach jury Konkursu im. Wieniawskiego. A propos Wieniawskiego: bardzo chciałabym nagrać wszystkie jego utwory z orkiestrą. Na świecie jest jeszcze wciąż zbyt mało znany, a to taka piękna muzyka.

- Po tylu latach zachowała Pani świetną polszczyznę.
- W domu zawsze rozmawialiśmy po polsku.
DOROTA SZWARCMAN

ROK L • NR 14 • 9 LIPCA 2006

Mysz w Ruchu


ROK L • NR 14 • 9 LIPCA 2006


2013r - Terminarz nadsy砤nia materia丑w


Biblioteka narodowa
Oficjalna witryna banku PKO BP

  Wstecz  Do g髍y  Napisz do nas  DrukujSkomentuj

Komentarze

Wywiad z Id? Haendel ( Rybarczyk A wyslano 2016-04-20 godz. 20:59 )  

 

© 2006-2009 Biblioteka Narodowa