Muzyka wsp蟪czesna
Relacje
Opera
Historia
P硑ty
Archiwum Artyku硑 Ksią縦i P硑ty Autorzy Koncerty Prenumerata Reklamy i Og硂szenia Forum Kontakt
Recenzje  W konfesjonale Krzysztofa Droby (1) Tak żyć!

Słowa "konfesjonał" w nadtytule użyłem - nie da się ukryć - na wabia (mea culpa - wyznaję to i o rozgrzeszenie proszę). Tego, co Krzysztof Droba wydobył od swych interlokutor贸w - Mieczysława Tomaszewskiego oraz Eugeniusza Knapika - i co ostatnio opublikował w dw贸ch książkach, nie spos贸b bowiem nazwać spowiedzią. Lecz jakże przy tym nie por贸wnać Droby do inteligentnego spowiednika, umiejętnie zachęcającego penitent贸w do szczerych wyznań, choć w rzeczy samej trudno go sobie wyobrazić czy to siedzącego w konfesjonale, czy to klęczącego przed nim. Jego nie interesuje wysłuchiwanie cudzych grzech贸w (ani tym bardziej wyznawanie swoich), jest zainteresowany nade wszystko dotarciem do prawdy o rozm贸wcach - przez skłanianie ich do refleksji nad swym życiem i jego sensem, do "odczytywania go na nowo".
Jako gatunek literacki wyznania - odrębne wszak od wspomnień, memuar贸w lub pamiętnik贸w - pisane są w pierwszej osobie i osobiście; klasyczny ich kształt wyznaczyli św. Augustyn i Rousseau. Wydaje się, że z dziennikarskich rozm贸w, rozmaitych interwiew, wywiad贸w, nawet wywiad贸w rzek wyodrębnić można takie, w kt贸rych - w trakcie dialogu - padają wyznania. Interesująca pogawędka, ślizgająca się efektownie po powierzchni spraw wszelakich i na og贸ł błahych, przekształca się wtedy na chwilę w rozmowę istotną, sięgającą głębiej, do istoty rzeczy (na chwilę, albowiem uchwycić istotę można tylko na mgnienie oka). Śmiem twierdzić, że tak się właśnie zdarzało w rozmowach, jakie Krzysztof Droba przeprowadził z nestorem naszych muzykolog贸w, wybitnym chopinologiem, wydawcą, pedagogiem, organizatorem życia muzycznego oraz - o czym w następnym odcinku - z jednym z najciekawszych kompozytor贸w polskich, osiągającym teraz pełnię tw贸rczości.

Kształtują nas w dzieciństwie rodzice, rodzeństwo, rodzina, dając nam wzorce postępowania pozytywne lub negatywne. Albo się tym wzorcom poddajemy, przyjmując je na całe życie, albo się przeciw nim buntujemy. Mieczysław Tomaszewski pochodzi z rodziny wielkopolskiej (urodził się w Poznaniu), miał cztery siostry i dw贸ch starszych braci, zar贸wno jego dziadek od strony matki, jak ojciec byli nauczycielami, uprawiającymi amatorsko muzykę. "Pamiętam spacery po lesie całą rodziną - wspomina - i śpiewanie pieśni z XIX-wiecznego, wydanego u Żupańskiego w Poznaniu, śpiewnika" (s. 10). "Wyrastałeś w atmosferze patriotycznej - wszechpolskiej - pyta go Droba. - Niewątpliwie tak, ale nazwałbym ją raczej atmosferą 扭miłości ojczyzny钮" (s. 9). Wakacje dzieci spędzały u dziadka. "W Kruchowie, co typowe dla wsi 贸wczesnej, życie intelektualne skupiało się wok贸ł szkoły i nauczyciela. To tutaj kultywowana była tradycja świąt polskich, tych kościelnych i patriotycznych" (s. 12). - "Nie przeżyłeś buntu religijnego, zwątpienia? - Żadnego [...]. - A czy przeżyłeś bunt w rodzinie? - Też nie. Ani przeciw rodzicom, ani przeciw rodzeństwu" (s. 20-21).
Początki zatem rokowały znakomicie. Mieczysław Tomaszewski miał udane, spokojne, wręcz sielankowe dzieciństwo: "stosunek [matki] do mnie odczuwałem jako nieustannie opiekuńczy, jakbym był dzieckiem szczeg贸lnie faworyzowanym [...]. - Jak to przyjmowała reszta rodzeństwa? - Matka tak to czyniła, że żadnej r贸żnicy nie było znać [...]. Ojciec był kotwicą, poprzez sw贸j spok贸j, pogodę i dobroć. Poza tym, co ważne, nigdy nie widziałem cienia rozdźwięku między rodzicami [...]; miałem poczucie, że 扭żyję w gnieździe钮". W dodatku ojciec "nie miał najmniejszych skłonności do bycia zasadniczym. Jego metodą wychowawczą było dawanie dobrego przykładu. Mnie to zobowiązywało. W wychowaniu własnych dzieci [trzech c贸rek i dw贸ch syn贸w] też przyjąłem ten model. Nigdy kazań im nie prawiłem i ze strony ojca też żadnego kazania nie pamiętam" (s. 20-21). Doprawdy, nic by tu żaden Freud nie m贸gł wsk贸rać ani się do niczego przyczepić.
W roku 1934 rodzina przeprowadza się w Poznaniu na ulicę Chełmońskiego do kamienicy, w kt贸rej dwa piętra wyżej mieści się szkoła muzyczna. Trzynastoletni Mieczysław, kt贸ry już przedtem ponad rok uczęszczał do konserwatorium, z zapałem kontynuuje w niej naukę muzyki. Fortepianu uczy go Janina Illasiewicz-Stojałowska, dyrektorka szkoły. Opanowuje repertuar typowy dla szkoły średniej; "mogłem już grać na estradzie, z drugim fortepianem, Mozarta Koncert d-moll [...]; zacząłem też grać Chopina. Fantazja-impromptu była pierwsza, potem Nokturn f-moll, Polonez cis-moll, Etiuda c-moll z opusu 10. Tak doszedłem do małego recitalu chopinowskiego, kt贸rym w czerwcu zająłem p贸ł wieczoru" (s. 24).
Nastolatek ogarnięty był jeszcze drugą namiętnością - do botaniki. "Lata trzydzieste przeżywałem w rozdwojeniu. W r贸wnym stopniu fascynowały mnie oba światy: przyrody i muzyki". Natknął się na Przewodnik do oznaczania roślin J贸zefa Rostafińskiego. "Zacząłem z pasją rozszyfrowywać treść tej dziwnej książki i oznaczać wszystkie napotkane rośliny [...]. Oznaczyłem chyba z kilkaset roślin. Ku memu zdziwieniu ich polskie i łacińskie nazwy utkwiły mi w pamięci i tkwią do dziś" (s. 35).
Swą fascynacją zaraził gimnazjalnych koleg贸w, organizował dla nich wycieczki przyrodoznawcze - w okolice Gniezna, na Pomorze - za kt贸re w nagrodę otrzymał monumentalny przewodnik Rośliny polskie Władysława Szafera, Stanisława Kulczyńskiego i Bogumiła Pawłowskiego. Był nim oszołomiony. "Ot贸ż od chwili, gdy wziąłem do ręki Szafera, wiedziałem, że nic nie wiem. Rostafiński prezentował rośliny u nas najczęściej występujące, u Szafera były wszystkie" (s. 38). Wkr贸tce posiadł taką znajomość florystyki, że m贸gł udzielać korepetycji studentom leśnictwa, p贸źniejszym profesorom. Przyrodniczą wiedzą olśnił także Rodziewicz贸wnę. Pisarka zaprosiła go latem 1938 roku do Hruszczowej, gdzie bawił miesiąc.
Sierpień następnego roku spędza z przyjaci贸łmi w Tatrach. Testują teren, robiąc tak zwane zdjęcia fitosocjologiczne, ale biorą też udział w akcji ratunkowej i wyprawiają się w g贸ry. Postanawiają "przejść p贸łnocną ścianę Garłucha drogą Martina. Wstaliśmy o trzeciej rano, by o piątej być już w ścianie. Szczyt osiągnęliśmy około 14-tej [...]. Wr贸ciliśmy przez Dolinę Wielicką i Polski Grzebień. Wcześniej, stojąc owego 30 sierpnia roku 1939 na szczycie Garłucha, do metalowej puszki włożyliśmy kartki ze swoimi nazwiskami. W nocy, na Polanie pod Żabim, obudził nas żołnierz z WOP-u [...]. Wojny jeszcze nie było, tylko ostre pogotowie. Do domu wr贸ciłem ostatnim pociągiem. W piątek, pierwszego września, w Poznaniu obudziły mnie bomby" (s. 50).
"Zgłosiwszy się ochotniczo do wojska, dostałem do ręki karabin z roku 1870 (bez naboi) i skierowanie do Brześcia nad Bugiem [...]. Ale niedaleko za Wrześnią, pod Strzałkowem, pociąg doszczętnie zbombardowano. Leżąc w bruździe na polu ziemniaczanym, doświadczyłem pierwszego znaku obecności wroga, zarazem pierwszego znaku Czyjejś opieki: leżąc między dwoma bombami, zostałem jedynie nieco przysypany piaskiem" (s. 51).
Smutna peregrynacja, mająca początkowo na celu dotarcie do punktu zbornego, trwała aż do połowy października. Po drodze osiemnastoletniemu ochotnikowi udało się szczęśliwie ujść z rąk żołnierzy niemieckich, a potem sowieckich. Jesienna tułaczka skończyła się niespodziewaną muzyczną kadencją. "Na pięćdziesiątym kilometrze drogi ujrzałem drogowskaz skierowany w prawą stronę: Żelazowa Wola - 4 kilometry [...]. Dworek był otoczony parkiem ogrodzonym drucianym, dość wysokim płotem. Brama zamknięta, a wołania i krzyki nie dawały rezultatu. Jedynie po chwili nadbiegł, ujadając, potężny owczarek alzacki. Trzeba było znacznej chwili, by go oswoić [...]; zdecydowałem się wspiąć na płot i znaleźć się z nim oko w oko. Zachował się poczciwie i towarzyszył mi odtąd przyjaźnie. W dworku bałagan i rozgardiasz porażający. Znać było, że kwaterowały tu, chyba kolejno, dwa wojska. Na podłodze i w fortepianie słoma i siano, papiery i puszki od konserw. Doprowadzenie dwu gł贸wnych Chopinowskich pokoi do porządku trwało z p贸ł godziny, bym m贸gł zasiąść do fortepianu. Powt贸rzyłem repertuar, kt贸ry miałem w palcach i głowie od czerwcowego recitalu: nokturn, scherzo, ballada, polonez, impromptu i etiuda. Zacząłem od nostalgią naznaczonego Nokturnu f-moll. I w贸wczas jedyny m贸j słuchacz, kt贸ry zajął w przysiadzie miejsce, jakie zazwyczaj należy się śpiewakom, zaczął z cicha wyć: au! au! Ale już począwszy od Scherza b-moll słuchał nieruchomo w skupieniu i ciszy. Nie robił też problemu, gdy złożywszy hołd Chopinowi, drogą przez płot opuszczałem Żelazową Wolę" (s. 54).
Okupację Mieczysław Tomaszewski przeżył w Wielkopolsce: w nadleśnictwie Marzelewo koło Wrześni jako Forstgehilfe, pomocnik leśny; potem w Bierzglinku, na folwarku, gdzie doglądał inwentarza żywego, i wreszcie w K贸rniku. "Gdy Partzsch [Niemiec zarządzający kluczem wrzesińskim] się zorientował, że znam się na botanice i dendrologii, wymyślił, żeby mnie posłać do Ogrod贸w K贸rnickich na przeszkolenie, bym m贸gł potem zakładać owe pasy ochronnej zieleni na polach [miały one zwiększyć wydajność zb贸ż z hektara]. [...] Zjawiłem się w K贸rniku - pamiętna dla mnie data - 4 kwietnia 1944 roku. Naprzeciw mnie wyszła dziewczyna wysłana przez szefa Ogrod贸w [...]. - Tą "pierwszą poznaną dziewczyną" była Wanda? - Tak, to była Wanda" (s. 62-63).
"Kt贸regoś wieczoru na jeziorze doszło do pierwszego pocałunku. A muszę dodać, że do K贸rnika przyjechałem lekko zauroczony, może nawet zakochany, w takiej kruchoroślinnej dziewczynie poznanej we Wrześni [no, no, a przedtem była mowa, że Polakom w Wartegau nie wolno było samowolnie się przemieszczać]. Poczułem więc moralną potrzebę, żeby oświadczyć: 扭Ale ja Pani nie kocham钮. - I to powiedziałeś Wandzie przed pierwszym pocałunkiem? - Po pocałunku. Nie chce mi się wierzyć, ale tak było. Wanda mi chyba tego nie zapomniała. A przecież p贸źniej zgodziła się być moją żoną [...]. Ślub nastąpił w K贸rniku, 2 kwietnia 1945 roku, niedługo po ich [Niemc贸w] wyjściu, ale jeszcze przed zdobyciem Berlina i końcem wojny" (s. 66).
Nowożeńcy osiadają we Wrześni. Okupacja w zasadzie trwała nadal, zmieniwszy tylko barwy - "w starostwie urzędował radziecki pułkownik". Kierownikiem działu kultury na szczęście był Marian Turwid, przyjaciel rodziny, plastyk po studiach malarskich w Paryżu. Powierzył Mieczysławowi referat do spraw muzyki, dając mu wolną rękę. Ten już w czerwcu organizuje pierwszy koncert z udziałem ch贸ru, niebawem powołuje do życia szkołę muzyczną, ogłasza konkurs pianistyczny dla młodzieży, inauguruje cykl wieczor贸w literacko-artystycznych...
Z początkiem roku 1946, ściągnięty przez Turwida do Bydgoszczy, zostaje sekretarzem redakcji miesięcznika "Arkona". "W lutym zjechała Wanda i urodziła pierwszą naszą c贸rkę. Od tego momentu uświadomiłem sobie, że wszystko dostaję na kredyt: nie mam matury, jestem zaledwie licealistą, a już jestem sekretarzem redakcji pisma o szerokim zasięgu, obejmującym całą p贸łnocną Polskę. Zresztą potem było podobnie. Redaktorem naczelnym PWM-u zostałem bez magisterium. Musiałem szybko nadrabiać. A jeszcze p贸źniej, już w Akademii Muzycznej, kierowałem Katedrą nie mając doktoratu. Muszę powiedzieć, że ciągle dostawałem propozycje na wyrost, na kredyt" (s. 68).
W organizowanych przez niego w Bydgoszczy "Środach literackich" uczestniczył niemal cały 贸wczesny Parnas literacki: Andrzejewski, Iwaszkiewicz, Dąbrowska... Ta ostatnia nazwała go w Dziennikach "genialnym szerzycielem kultury". Z pobliskiego Torunia przyjeżdżali ludzie nauki (Konrad G贸rski, Karol Wiktor Zawodziński) i ludzie teatru (Wilam Horzyca). Istotnie, Mieczysław Tomaszewski zyskiwał wtedy renomę wyśmienitego organizatora. A przecież był wtedy r贸wnież sekretarzem Grzymały-Siedleckiego, w roku 1949 objął zaś kierownictwo Pomorskiej Orkiestry Symfonicznej...
Stop. Wystarczy tego streszczania i żonglowania cytatami, wyrwanymi z ich naturalnego kontekstu. Nie spos贸b w kr贸tkim om贸wieniu przedstawić całą zawartość tych interesujących rozm贸w. Czytelnik贸w ciekawych dalszego ciągu odsyłam do książki, tym bardziej że od lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku Profesor rozpoczął nowy - związany już z Krakowem - najbardziej tw贸rczy, najdłuższy i może najciekawszy okres swego życia. Niby ten etap znamy najlepiej, gdyż jego bohater stał się osobą publiczną - jako dyrektor i redaktor naczelny Polskiego Wydawnictwa Muzycznego, wykładowca i doktor honoris causa Akademii Muzycznej, w kt贸rej założył Studium Edytorstwa Muzycznego, a z asystent贸w utworzył Zesp贸ł do spraw Analizy i Interpretacji Muzyki, dalej - jako pełniący odpowiedzialne funkcje członek wielu gremi贸w (m.in. w TiFC-u i NIFC-u), wsp贸łredaktor "Res Facta", organizator słynnych Spotkań Muzycznych w Baranowie, wsp贸łorganizator i uczestnik kongres贸w i sympozj贸w muzykologicznych, tw贸rca oryginalnej koncepcji dotyczącej integralnej interpretacji dzieła muzycznego, autor licznych publikacji książkowych, w tym Chopin. Człowiek, dzieło, rezonans, audycji radiowych, scenariuszy filmowych, leksykonu multimedialnego itd. - a przecież o wielu epizodach swego życia m贸gł opowiedzieć publicznie dopiero teraz. W dołączonym do rozm贸w Alfabecie Tomasza przypomina także postaci zmarłych przyjaci贸ł, rysując ich sylwetki ciepło i choć ze smutkiem, to przecież dowcipnie.
Nie chodzi wszakże, abyśmy z tych rozm贸w wyławiali tylko anegdoty, jakich nam rozm贸wcy bynajmniej nie skąpią. Dobrze jest przyjrzeć się całemu dotychczasowemu życiu Profesora, zrozumieć jego postawy, poglądy, etos. Mieczysław Tomaszewski daje nam bowiem przykład, jak żyć, będąc w zgodzie ze sobą, jak szerzyć dobro i nie ulegać złu, jak nie marnować powierzonych sobie talent贸w, jak się zachwycać pięknem przyrody, sztuki i życia, jak pozostać wiernym wartościom, w jakie się wierzy... Dobrze by było może i nasze własne życie pr贸bować odczytać na nowo...
Na niedawnym Jubileuszu dziewięćdziesiątych urodzin (w listopadzie ubiegłego roku) Mieczysławowi Tomaszewskiemu wręczono - pr贸cz świeżo wtedy wydanych Jego rozm贸w z Krzysztofem Drobą - księgę, do kt贸rej wpisali życzenia przyjaciele i znajomi. Ofiarowałem wierszyk, kt贸ry - jak mi się wydaje - podsumowuje w wielkim skr贸cie najważniejsze osiągnięcia życiowe Profesora. Publicznie odczytała go bardzo udatnie Małgosia Janicka-Słysz. Ośmielony tym, że został dobrze przyjęty i przez zgromadzonych, i - co najważniejsze - przez Jubilata, właśnie nim zakończę om贸wienie Odczytywania na nowo.

Mieczysławowi Tomaszewskiemu

Chopin by do dziś na pr贸żno
czekał wielkiej swej syntezy,
O integralności dzieła
żadne by nie padły tezy,
W Zamku w Baranowie jeno
rock barany by beczały,
Nikt by dziełu Ochlewskiego
już nie przydał takiej chwały,
Zi贸ł przydrożnych, drzew mijanych
- kto by imię zaraz podał,
Po łacinie naturalnie,
i stosowny cytat dodał?
Zesp贸ł do spraw Analizy
pewnie by nie powstał wcale,
Analiza Dla Elizy?
- złudny sen o wielkiej chwale,
Nikt by na Wielkanoc nie chciał
zn贸w rozbierać Beethovena...
Gdyby nie Twe, Mieczysławie,
mądrość, zapał, praca, wena.
Ale czy byś z tymi cnoty
przeszedł życia polskie Andy,
Gdyby nie pomocna drobna
dłoń Twej dobrej żony Wandy?
Wam obojgu więc winszuję
budującej konsonancji,
Zdrowia życzę, pomyślności,
gości z Niemiec, Włoch i Francji.

Odczytywanie na nowo. Rozmowy z Mieczysławem Tomaszewskim [przeprowadził] Krzysztof Droba, Akademia Muzyczna w Krakowie, Polskie Wydawnictwo Muzyczne, Wydawnictwo BOSZ, Krak贸w 2011, ss. 224, ilustr., Alfabet Tomasza, wykaz prac Mieczysława Tomaszewskiego, indeks nazwisk.

KRZYSZTOF BILICA

ROK LVI • NR 11 • 27 MAJA 2012

Mysz w Ruchu


ROK LVI • NR 11 • 27 MAJA 2012


2013r - Terminarz nadsy砤nia materia丑w


Biblioteka narodowa
Oficjalna witryna banku PKO BP

  Wstecz  Do g髍y  Napisz do nas  DrukujSkomentuj

© 2006-2009 Biblioteka Narodowa