Muzyka wsp蟪czesna
Relacje
Opera
Historia
P硑ty
Archiwum Artyku硑 Ksią縦i P硑ty Autorzy Koncerty Prenumerata Reklamy i Og硂szenia Forum Kontakt
Muzyka wsp蟪czesna  Dziady, czyli jesienna szaruga

Miałem z tym tekstem poczekać, może p贸ł roku, może p贸łtora, do kolejnych "Warszawskich Jesieni", jedynego poza dość wąskim w założeniach "Łańcuchem", festiwalu muzyki wsp贸łczesnej w Warszawie. Miałem nadzieję, że coś się tam zmieni na lepsze i rzecz będzie zbędna. Ogarnął mnie jednak pesymizm, gdy po przeczytaniu w kolejnym numerze "Ruchu Muzycznego" działu recenzji koncertowych zrozumiałem, że zamieszczanych w nim tekst贸w dotyczących wykonań wsp贸łczesnej muzyki polskiej m贸głbym w zasadzie w og贸le nie czytać - potrafię już z prawie stuprocentową skutecznością przewidzieć, że jeśli jakiś tradycyjnie napisany utw贸r mi się spodoba, recenzent odsądzi go od czci i wiary, używając przymiotnik贸w w rodzaju "zachowawczy", "banalny", "kiczowaty", "mdły", "niedzisiejszy", dorzuci najgorszy zarzut - "filmowy" (dlaczego właściwie w polskiej krytyce muzycznej jest to obelga? Niech mi kto wyjaśni, bo nie wiem i Erich Wolfgang Korngold nie wie ze mną) kończąc stwierdzeniem, że wstawienie tego dzieła do programu było pomyłką. Czegoś takiego w og贸le wykonywać nie należało! Mamy wszak XXI wiek.
Widmo krąży po polskim dyskursie o muzyce, widmo Pierre'a Bouleza, oczywiście nie tego wsp贸łczesnego, tylko z wczesnych lat pięćdziesiątych - młodego gniewnego słynnego tyleż ze Structures, co ze znanych uwag w rodzaju "Każdy kompozytor, kt贸ry nie doświadczył - prawdziwie doświadczył, a nie tylko zrozumiał - niezbędności techniki dodekafonicznej jest BEZUŻYTECZNY. Gdyż cokolwiek pisze, nie spełni potrzeb epoki." Potrzeb epoki nie spełniał Britten i Szostakowicz, Prokofiew i Hindemith, a o neoklasycznym Żywocie rozpustnika Strawińskiego pisał Boulez "Co za ohydztwo!"; rację miał krytyk Norman Lebrecht, że tw贸rca Le Marteau sans ma卯tre w tym okresie "wziął na siebie misję ograniczania muzycznego wyboru". Theodor Adorno, aczkolwiek z Boulezem i jego serializmem nie było mu po drodze, był r贸wnie autorytarny: "Nikt już więcej nie wierzy w 扭kulturę钮, kręgosłup duchowy został przetrącony, a kto by nie zwracał na to uwagi i działał, jakby nic się nie stało, musi pełzać jak robak, zamiast iść wyprostowany". Owo Adornowe robactwo to, jak wiadomo, na przykład Szostakowicz i p贸źny Hindemith. Rzecz jasna Adorno i Boulez to tylko dwaj najbardziej znani p贸źni wnukowie Sch枚nberga widzący sens muzyki wyłącznie w dialogu z takim, jak go sami przedstawiali, duchem dziej贸w; otaczały ich dziesiątki i setki podobnie myślących, inaczej nie byliby tak wpływowi.
Obecni zwolennicy takiego podejścia wiedzą już, rzecz jasna, że - jak mawiają Anglosasi - jest wiele sposob贸w obdzierania kota ze sk贸ry, zatem i muzykę wsp贸łczesną pisać można na rozmaite sposoby, nie tylko przy użyciu dodekafonii. Dzielą natomiast z Boulezem niechęć do muzyki niezgodnej z Zeitgeistem (co jest rzeczą gustu) i przekonanie, że należy ją zwalczać (co już poza gust wykracza). Oczywiście byłoby pieniactwem, gdybym takie rzeczy pisał wyłącznie w kontekście nieprzychylnych recenzji koleg贸w po fachu z sal koncertowych. Ale kontekst jest szerszy: wystarczy się przyjrzeć, jak ewoluuje program "Warszawskiej Jesieni".
Przed czterema laty Grzegorz Filip pisał w "Odrze" (nr 1/2009) że "polska publiczność muzyczna bardzo wyraźnie się podzieliła. Dla jednych wielkimi tw贸rcami wsp贸łczesności są: Arvo P盲rt, Gija Kanczeli, John Tavener, Walentin Silwestrow czy Henryk Mikołaj G贸recki. Drudzy zachwycają się Helmutem Lachenmannem, Salvatorem Sciarrino, Jonathanem Harveyem, G茅rardem Griseyem, Gy枚rgy Kurt谩giem. Wielbiciele nowego romantyzmu nie chcą słuchać utwor贸w modernistycznych, nie znajdując w nich piękna ani emocji. Admiratorzy Lachenmanna i Furrera, spektralist贸w i nowej złożoności nie trawią nowego romantyzmu, rzadko powiedzą dobre słowo o minimalizmie, surkonwencjonalist贸w mogą pochwalić najwyżej za formę. Sp贸r ten zaczyna być widoczny na salach koncertowych, gł贸wnie za sprawą młodych odbiorc贸w, kt贸rzy śmieją się i tupią" podobnie zresztą jak krytycy. A od powstania tego podziału zmieniło się tyle, że przerywający niegdyś wykonanie Kapote Kanczelego, buczący na Symfonii hymn贸w Augustyna i kpiący z Knapika młodzi wilcy modernizmu - i muzykolodzy, i szeregowi melomani - zdecydowanie wygrali batalię o "Jesień". Może jej organizatorzy docenili ich argumenty, może doszli do wniosku, że nie ma sensu umieszczać w programie utwor贸w ostro przez część publiczności kontestowanych.
Mogę się mylić, ale to wpływowi tej grupy przypisuję fakt, że z Festiwalu relegowano na dobre niemal wszystkich kompozytor贸w wymienionych w pierwszej części listy Filipa (z wyjątkiem G贸reckiego, ale ten wyjątek uczyniono dla Scontri). Ich gustu skłonny jestem upatrywać w tym, że regularnie pojawia się na "Jesieni" muzyka Stockhausena, ale od lat nie ma co najmniej r贸wnie wybitnych Ad膷sa czy Adamsa. A także w tym, że praktycznie nie do pomyślenia stała się obecność na festiwalu dzieł Eugeniusza Knapika i Rafała Augustyna, Stanisława Moryty i Romualda Twardowskiego (koncerty Związku Kompozytor贸w Polskich, przy Festiwalu tylko afiliowane, pomijam), a ostatnio nawet Hanny Kulenty, przecież żywych i wsp贸łczesnych. Nie wiem, czy aktualnych dla niekt贸rych spośr贸d krytyk贸w, ale bez wątpienia aktualnych dla mnie.
Pamiętam, jak na łamach "Glissanda" Jan Topolski w słynnej Misji Knapika (nr 9/2006) pr贸bował odpowiedzieć na pytanie, co jest nie tak z tym kompozytorem: Knapik "postanowił być romantykiem, kt贸ry pr贸buje zapomnieć o tym, że nie żyje w wieku XIX, że po drodze wydarzyło się trochę i w świecie, i w sztuce, może wmawia sobie, iż Structures Bouleza, Atmosph膷res Ligetiego czy 4'33 Cage'a to był tylko zły sen." A gdy wyjedziemy z Katowic do Europy, zauważymy, iż "Grisey, Harvey, Lachenmann, Francesconi, Fedele, Ferneyhough udowadniają każdą niemal nutą i każdym gestem, jak głęboko doświadczyli tego przełomu i jakie wyciągnęli z niego konsekwencje (...) znaleźli własną odpowiedź na pytania postawione przez poprzednią formację pokoleniową i estetyczną."
Ale co, jeśli dla niekt贸rych z nas pytania te utraciły wagę? Tak jak stawiane przez 4'33 pytania Cage'a, czy da się przekłuć balon modlitewnego skupienia słuchaczy w sali koncertowej albo czy można ich nakłonić do przysłuchania się ciszy - ile w nim zostało aktualności dziś, gdy normą w filharmoniach są słuchacze w dresach, gdy ostatnie pokolenie masowo nauczone w młodości lubienia muzyki klasycznej jest bliskie emerytury? Tak jak pytanie stawiane implicite przez duet Boulez-Adorno: "Czy po Oświęcimiu jest jeszcze możliwa muzyka tonalna?" sugerujące - czemu właściwie? - negatywną odpowiedź. Oczywiście pewnym usprawiedliwieniem tej jednostronności jest fakt, że obaj przeżyli wykorzystywanie muzyki wielkiej, pompatycznej i harmonijnej jako ołtarza dla reżimowych kult贸w. Jak zauważył Richard Taruskin, skądinąd zaciekły przeciwnik kultu modernizmu, Dziewiąta Beethovena tym się r贸żni od Święta wiosny - choć jedno i drugie jest arcydziełem - że z tego ostatniego nie dałoby się zrobić hymnu Unii Europejskiej, ale też tła dla parteitagu. Z tej to historycznej traumy wypączkowała głęboka nietolerancja piewc贸w "nowej muzyki" wobec tych, kt贸rzy nie przejmując się prawidłami rozwoju historycznego, piszą muzykę "nie na dzisiaj". Ale przecież z całym szacunkiem dla modernist贸w, jeśli miałaby się pojawić jakaś nowa dyktatura, to Grisey nas przed nią nie ocali. Zawsze będą tacy tw贸rcy i tacy odbiorcy, kt贸rzy nie mieszczą się w "formacjach pokoleniowych i estetycznych" o ile coś takiego istnieje. Dlaczego ich wykluczać? W imię jednolitej narracji postępu? Patrzenia na utwory muzyczne przez pryzmat nowoczesności rozwiązań w partyturze na tle trend贸w światowych? Ile jeszcze będzie się powtarzało za Sch枚nbergiem, że muzyce wsp贸łczesnej nie wystarczy być wsp贸łczesną, musi być jeszcze nowoczesna, i to tak, jak my nowoczesność rozumiemy?
Nasuwa mi się por贸wnanie "Warszawskiej Jesieni" z innym festiwalem - Warszawskimi Spotkaniami Teatralnymi, bo i dyskurs o muzyce wsp贸łczesnej bardzo przypomina ten o "ambitnym teatrze artystycznym". Jak wiadomo, z rąk Instytutu Teatralnego (tj. Macieja Nowaka) WST przeszły ostatnio w gestię Teatru Dramatycznego (tj. Tadeusza Słobodzianka). Pierwsza edycja pod nowym kierownictwem na wiosnę, ale paru krytyk贸w już się pośpieszyło i napisało o "zapaści" festiwalu - zanim ogłoszono program. W sumie nie muszą już tam nawet iść.
Szczeg贸lnie ich oburzyło, że Słobodzianek powiedział o Nowaku, iż WST ucierpiały wskutek jego "fascynacji agitpropem". Ja bym to ujął nieco inaczej: WST zamiast być reprezentatywnym przeglądem polskich przedstawień stały się festiwalem z tezą. Teza Nowaka była taka, że tylko nietradycyjny, lekce sobie ważący tradycyjną formę "ambitny teatr artystyczny", kt贸ry sam ceni, ma dziś coś mądrego do powiedzenia. Że - jak stwierdził inny piewca takiego podejścia, Krzysztof Mieszkowski - "nie wiem, czy dziś początek, środek i koniec w sztuce ma sens". A dlaczego? Bo "teatr zmaga się z potworem, jakim jest nasz kompletnie nieprzewidywalny świat. Ten świat się rozpada na naszych oczach, a my go sklejamy z fragment贸w". Pomińmy pytanie, co takiego potwornego widział Mieszkowski, żeby m贸wić jak Adorno, świadek wojny światowej. Nie pomińmy pytania, co z przedstawieniami, kt贸re nie chcą odbijać chaosu świata, lecz go porządkować? Kt贸re zakładają, że można też udzielać odpowiedzi, a nie tylko pytać? Albo po prostu koić w tym chaosie?
Ot贸ż w moim przekonaniu identyczna choroba, wynikła z podobnego podejścia do świata, trapi "Warszawską Jesień". W stanie terminalnym już nie tylko tonalność wydaje się r贸wnoznaczna z zachowawczością i kiczem, z pisaniem pod publiczkę, z banałem, kt贸rego nie należy wpuszczać na salony (lub przestrzenie postindustrialne), gdzie się pr贸buje dotknąć muzyką pulsującej tkanki wsp贸łczesności. Już i konsonans wędruje na indeks, i śpiewność, i harmonia, w og贸le wszystkie cechy zdolne sprawić, że pierwsza reakcja słuchacza może brzmieć "fajnie się tego słucha..." a nie "o co w tym chodzi?". Bez wątpienia wynika to z założenia, że tylko utw贸r w ten czy inny spos贸b drażniący, niczym ziarnko piasku ostrygę, otwarcie krzyczący "jestem szyfrem, zdekoduj mnie" może pobudzić odbiorcę do myślenia.
Jako meloman czuję się tym założeniem osobiście obrażany - zakłada u mnie inteligencję na poziomie ostrygi właśnie, sugerując, że jak wysłucham ładnego na poziomie sensualnym utworu, to nie będę o nim myślał. W ten spos贸b twierdzi się, że dzieło albo ma przesłanie, albo przyjemnie się go słucha, tertium non datur - co jest oczywiście absurdem. Proszę wybaczyć drobną złośliwość: znacznie łatwiej jest kazać skrzypkowi trzeć smyczkiem makutrę zamiast skrzypiec i wytłumaczyć w programie, że to borgesowska metafora świata jako wielkiej kuchni, niż napisać utw贸r, kt贸ry formą będzie zachęcał do słuchania i przyswajania oryginalnej treści.
Nie chcę sprawiać wrażenia, że drwię z przychodzących tu szybko na myśl papierowych smyczk贸w Wojciecha Blecharza i szampana Pawła Mykietyna w III Symfonii: nie drwię, nie zarzucam kompozytorom braku pomyślunku, tylko przypominam, że jeśli utw贸r poświęca przyswajalność na rzecz przesłania, to będę go rozliczał z tego przesłania, nie zaś z technicznego nowatorstwa. Bo ono jest środkiem do celu.
Jeszcze bardziej zgubna jest inna implikacja opisanego akapit wyżej podejścia: że muzyka służąca rozrywce nie ma racji bytu na poważnym festiwalu. Dlaczego niby? C贸ż w tym złego? Boulez twierdził, że jest coś złego, i jeszcze po wielu latach od swej pełnej agresji młodości (w roku 1984) m贸wił Jonathanowi Cottowi w wywiadzie: "Ale tak obiektywnie, co wchodzi do historii: muzyka rozrywkowa czy muzyka, kt贸ra jest bardziej wymagająca i interesująca, gdyż wydobywa na wierzch więcej ludzkich doświadczeń?" Rzecz w tym, że powiedział to w kontekście osoby "rozrywkowca" Poulenca. Muszę komentować?
Żeby jeszcze te elitarystyczne założenia przekładały się na praktykę repertuarową "Warszawskiej Jesieni". Żeby były tam same głębokie utwory, po kt贸rych człowiek idzie do domu z wrażeniem, że coś mu obcowanie z nimi dało. Nie usprawiedliwiałoby to jednostronności festiwalu, dawałoby jednak argumenty obrońcom jego obecnej koncepcji. Ale przecież każdy, kto bywa na Festiwalu, wie, że tak nie jest - wystarczy przypomnieć, jakie to wsp贸łczesne polskie dzieła pojawiły się na ostatniej "Jesieni". Jedyne przesłanie niesione przez Loses Joanny Woźny brzmiało "Znam partytury Gy枚rgy Ligetiego i Luigiego Nono". Jedyne ważne pytanie, jakie można było sobie zadać po The Body Krzysztofa Wołka, to "Kto tu wpuścił tę bladą kopię utwor贸w Andriessena sprzed lat czterdziestu?". Potoki zdań, jakie nas zalały w "instalacji artystycznej" na motywach Księżycowego Pierrota, spłynęły jak po kaczce. Najciekawsze z tego wszystkiego Means of Protection Wojciecha Blecharza nie były jednakowoż samodzielnym utworem, tylko trailerem planowanego Transcryptum. Przesłanie brzmiało: "Chcesz się dowiedzieć, czy te dźwięki szurających po instrumentach urwanych lalczynych kończyn, to kwadrans trwające dyszenie Anny Radziejewskiej, te rozbite szklanki, ten akompaniament wiolonczel jak szum z duszącego snu - złożą się we frapującą, mądrą całość czy w pretensjonalny koszmarek? Kup bilet! Idź do opery!". Paradoksalnie, gdyby na festiwal trafił kompletny laik, m贸głby odnieść wrażenie, że wśr贸d nielicznych wybitnych tw贸rc贸w muzyki wsp贸łczesnej do najciekawszych należą Sch枚nberg i Szalonek.
Nie, będę jednak bronił stanowiska, że dzieła muzyczne (i wszelkie inne) mogą zaspokajać r贸żne kategorie potrzeb, ale niezależnie od tego dzielą się - co oczywiście uznaniowe - na dobre i złe, i może jeszcze na tak złe, że aż dobre (kto pamięta cudownie i niezamierzenie komiczne libretto do opery Ofelie Henrika Hellsteniusa?). To w rezygnacji z tego podziału oraz z przyznania, że r贸żni ludzie mają r贸żne gusta, na rzecz Sch枚nbergowskiej wizji postępu muzycznego upatruję przyczyn ostatnich głośnych narzekań na "Warszawską Jesień". Zamiast, jak kiedyś, uczciwie przedstawiać wsp贸łczesną muzykę, przedstawia wyłącznie jej rewers - awersu trzeba szukać gdzie indziej, i to raczej nie w Warszawie. Niestety.
TOMASZ FLASIŃSKI

ROK LVII • NR 2 • 20 STYCZNIA 2013

Mysz w Ruchu


ROK LVII • NR 2 • 20 STYCZNIA 2013


2013r - Terminarz nadsy砤nia materia丑w


Biblioteka narodowa
Oficjalna witryna banku PKO BP

  Wstecz  Do g髍y  Napisz do nas  DrukujSkomentuj

© 2006-2009 Biblioteka Narodowa