Muzyka wsp蟪czesna
Relacje
Opera
Historia
P硑ty
Archiwum Artyku硑 Ksią縦i P硑ty Autorzy Koncerty Prenumerata Reklamy i Og硂szenia Forum Kontakt
Relacje  Wzniosłość bez entuzjazmu

17. Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena w Warszawie, 17-29 marca

  Tea Demurishvili, Maria Luigia Borsi i Krzysztof Penderecki, Fot. Bruno Fidrych  
  Tea Demurishvili, Maria Luigia Borsi i Krzysztof Penderecki, Fot. Bruno Fidrych  
Wagner "prawdziwy"
Tegoroczny Wielkanocny Festiwal Beethovenowski, opatrzony hasłem "Wzniosłość i entuzjazm", stał pod znakiem pięciu jubileuszy: Verdiego, Wagnera, Lutosławskiego, G贸reckiego, Pendereckiego. Osobną okazję tworzyło dziesięciolecie obecności imprezy w Warszawie. W drugim dniu Festiwalu w Teatrze Wielkim zabrzmiało koncertowe wykonanie II aktu Tristana i Izoldy Wagnera, za sprawą połączonych sił: wytrawnych śpiewak贸w z Bayreuth, Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia oraz austriackiego kapelmistrza starszego pokolenia, Leopolda Hagera. Interpretacja Wagnera w duchu tradycji niemieckiej nie elektryzowała wprawdzie, wiadomo jednak, że zawsze bliska była orkiestrze z Katowic.
To ona błyszczała tego wieczoru za sprawą frazowania smyczk贸w, czarującego kolorem drewna, metalicznej blachy, odpowiedniego tempa, zr贸żnicowania poszczeg贸lnych płaszczyzn. C贸ż zrobilibyśmy w Polsce bez NOSPR, kt贸ra od czasu objęcia jej przez Alexandra Liebreicha zyskała lepszą formę! Hager, specjalista od Mozarta, nie pozwolił jednak, by orkiestrowy żywioł przygni贸tł słuchaczy: łagodził kulminacje i podkreślał węzłowe momenty utworu.
W nieprzeciętnej formie byli tego wieczoru śpiewacy. Evelyn Herlitzius, znana z Bayreuth Brunhilda, śpiewała głosem mocnym (choć nie najświeższym), swobodnie przechodziła między rejestrami. Swoją partię kreowała z dużą dozą dramatyzmu, w czym pomagała także zastygła mimika jej twarzy, niczym w niemieckim filmie ekspresjonistycznym. Odtw贸rca Tristana, Stefan Vinke, osiągał pięknie piana i lotnie wysokie rejestry, choć monotonna barwa jego głosu i mała wrażliwość na niuanse tekstu powodowały, że przypominał nieco maszynę do śpiewania. Piękny balans między liryzmem a dramatyzmem osiągnęła Michelle Breedt w partii Brangeny. Wykonujący partię Kr贸la Marka bas Franz Hawlata (znany m.in. z roli Hansa Sachsa na Zielonym Wzg贸rzu) dysponował głosem idealnym do tej muzyki, niestety bardzo już wysłużonym. Wykonawcy dali nam jednak Wagnera "prawdziwego", co w Warszawie bywa rzadkością.

Zamiast wzniosłości - zwyczajność
Muzykę p贸źnoromantyczną reprezentował w tym roku także Bruckner ze swym Te Deum i IV Symfonią "Romantyczną". Utwory poprowadził Hubert Soudant, holenderski dyrygent, szef Tokio Symphony Orchestra. Grała Sinfonia Varsovia, śpiewał Ch贸r Opery i Filharmonii Podlaskiej w Białymstoku, przygotowany przez Violettę Bielecką. Dzieła Brucknera na warszawskich estradach obecne są coraz częściej, dobrze więc, że tym razem zabrzmiały nieco inaczej. O ile w Te Deum wystarczy ustawić kontrast między szalonymi tutti ch贸ru a lirycznymi ansamblami, o tyle IV Symfonia wymaga spojrzenia bardziej oryginalnego, w tym bowiem utworze kompozytor żegna się z pokusą programowości. W wykonaniu frapowały takie elementy, jak: zamiast statyki - wewnętrzny ruch, zamiast masy - zr贸żnicowanie koloru, zamiast tytułowej wzniosłości - zwyczajność.
Dla takich koncert贸w jak ten brucknerowski sporo jesteśmy skłonni wybaczać Festiwalowi. Dla wielkich narracji i gęstwiny brzmienia przydałby się też jednak pewien kontrast. Na co dzień obcujemy z potopem dźwięk贸w, kt贸ry nie oszczędza samego Beethovena, ten zaś brzmi na Festiwalu zwykle podobnie krzykliwie, nawet jeśli grany jest w konwencji historyzującej. Tak było w tym roku z VIII Symfonią w wykonaniu MDR Sinfonieorchester Leipzig pod batutą Kristjana J盲rviego (syna Neeme i brata Paavo), kt贸ra zamieniła się w agresywne perpetuum mobile.
Do grona stałych dyrygent贸w Festiwalu należy Amerykanin John Neal Axelrod, niegdyś szef Sinfonietty Cracovii. W tym roku poprowadził Orkiestrę Symfoniczną Filharmonii Narodowej. Trudno o większe zr贸żnicowanie programu: obejmował on Unanswered Question Ivesa, poemat Śmierć i wyzwolenie Straussa, kończył się zaś II Symfonią "Kopernikowską" G贸reckiego. Podejście dyrygenta do romantycznego repertuaru jest jakby odbiciem manier wykonawczych z połowy XX wieku. To nie tylko ciężka ręka, powolne tempa, to także nieprzejrzyste tutti, mikro-glissanda i sztuczna retoryka. Ze Śmierci i wyzwolenia dyrygent zrobił eschatologiczny kicz (jak z prerafaelit贸w). Wykonanie utworu G贸reckiego było nieco lepsze - swoista malowniczość przydała się tej surowej muzyce, kt贸ra płynnie łączy sonoryzm z redukcjonizmem. Niestety, deklamacyjna partia sopranu solo, kt贸ra - zgodnie ze stylem kompozytora - w naturalnej barwie musi wzbijać się wysoko w g贸rę, brzmiała czasem na granicy słyszalności. Głos Aleksandry Kubas-Kruk kilkakrotnie załamywał się i niknął.

Kameralistyka... całkiem poprawna
Koncerty kameralne i recitale nie cieszą się szczeg贸lną uwagą organizator贸w. Poza rzadkimi olśnieniami (rewelacyjny Belcea Quartet) pojawia się tu stale czysto akademickie wykonawstwo, do cna pozbawione eksperymentu i odwagi. Na koncercie bardzo już zmienionego w składzie (i kończącego swoją karierę) Tokyo String Quartet usłyszeliśmy p贸źny, niekompletny Kwartet d-moll op. 103 Haydna, Langsamer Satz Weberna, a po przerwie Kwintet C-dur Schuberta (z Davidem Watkinem w partii II wiolonczeli). Trudno nie zwr贸cić uwagi na bezład i przaśność wykonania Haydna, utwory Weberna i Schuberta cechowało zaś idealnie wyr贸wnane brzmienie i precyzyjna artykulacja. Muzycy postawili w Kwintecie Schuberta na pogodę ducha, klasyczność struktury, lekkość faktur i ludyczny humor. Czy nie należało jednak zr贸wnoważyć tych cech jakimś pierwiastkiem brzydoty, złamać narrację, odsłonić czarne dziury, kt贸re tak niepokoją w ostatnich opusach kompozytora? Podobnie do dw贸ch Kwartet贸w Beethovena (F-dur op. 18 i e-moll op. 59) podszedł wiedeński Artis-Quartett, kt贸ry zadowolił się tylko nabożnym nastrojem muzyki i głębią brzmienia. Czy to oddaje w pełni intencję kompozytora?
Rudolf Buchbinder, od wielu lat "przyjaciel" Festiwalu, wykonał w tym roku Sonatę Es-dur Hob. XVI:52 Haydna, "Appassionatę" Beethovena oraz Sonatę B-dur Schuberta. Zgodnie z tradycją starej szkoły wiedeńskiej, podobnie jak wielki Rudolf Serkin, Buchbinder dysponuje miękkim, dzwoneczkowym dźwiękiem, elegancko kończy każdy pasaż, powstrzymuje potok uczuć. Jego wykonania grzeszą wszakże monotonią, jakby nadawanie każdemu odcinkowi tej samej wagi miało chronić pianistę od niezamierzonych pomyłek i spadk贸w formy. Można odnieść wrażenie, że forte i szybkie przebiegi po basach to jedyny "patent" na kulminacje. Tak było z Haydnem i Beethovenem, nieco lepiej zabrzmiał Schubert.

Opera znowu obecna
Za sukces Festiwalu należy uznać przypomnienie kolejnej zapomnianej opery. W dwusetną rocznicę urodzin Verdiego Polska Orkiestra Radiowa pod batutą Łukasza Borowicza i pod okiem konsultującego wykonanie Piotra Kamińskiego zagrała Simone Boccanegra, do tego jeszcze w pierwszej wersji, z 1857 roku. To opera w dorobku kompozytora wyjątkowa. O ile na zawartą w libretcie uczuciową ramotkę można spuścić zasłonę milczenia (wszystko jest w estetyce Trubadura, kt贸ry oparty został na sztuce tego samego A. G. Gutierreza), o tyle muzyka stanowi niezwykłe połączenie wspaniałych scen zbiorowych, wyrazistych teatralnie ansambli, efektownych partii solowych, często jeszcze z tradycji wczesnoromantycznej, ale zmierzających do tej doskonałej syntezy słowa i muzyki, jaką znajdziemy w p贸źnej tw贸rczości Verdiego.
Opera wspiera się na mocnej, niejednoznacznej postaci Simona, pełnego godności przyw贸dcy genueńskiego ludu, rozdartego ojca, kt贸ry własną śmiercią spłaca grzech porzucenia c贸rki. Partię tę, kt贸ra jest marzeniem większości baryton贸w, realizował wspaniale amerykański śpiewak Stephen Powell. Rzadko udaje się tak dobrze zestawić solist贸w, jak to miało miejsce w warszawskim wykonaniu, a to dzięki stałej wsp贸łpracy Festiwalu z Wydziałem Wokalnym i Operowym Uniwersytetu Yale oraz z Doris Yarick-Cross, znakomitą pedagog. Wszyscy soliści dysponowali wspaniałym legatem, frazę prowadzili zgodnie z naturalnymi możliwościami bel canto. Powellowi partnerował Nikolay Didenko, rosyjsko-amerykański bas o potężnym i miękkim głosie, na miarę Giaurowa. Amanda Hall, śpiewająca Marię, ujmowała wielką zręcznością koloratury (wspaniała skala), choć jej dramatyczny głos zdradzał czasem nie najlepszą barwę. W partii jej ukochanego Gabrielego Adorno słyszeliśmy Erica Barry'ego, niezłego tenora lirycznego, choć jego głos w pewnych rejestrach był nadto wątły i metaliczny. Ciemny w barwie baryton Andrew Craiga Browna (Paolo Albiani) był doskonały w swoim dramatycznym wyrazie. Wykonanie okazało się wyśmienite także dzięki Łukaszowi Borowiczowi: gra orkiestry była niezwykle precyzyjna (kontur melodii, barwa, rytm), pozwalała także wyśpiewać się solistom.

Co dalej z Festiwalem?
Po zachwytach, jakie na początku towarzyszyły sprowadzaniu do Warszawy najciekawszych muzyk贸w, po serii efektownych wykonań utwor贸w oratoryjno-kantatowych, po pr贸bie wpisania muzyki Beethovena w tradycję XVIII-wieczną i dawniejszą, Wielkanocny Festiwal im. Ludviga van Beethovena zatrzymał się w nieznanym miejscu. Staje się teraz odą na cześć kanonu rozumianego jako zbi贸r starych klisz. Doświadczeni organizatorzy wiedzą, że festiwal muzyki XVIII-XX wieku powinien być układany niczym dobry patchwork: proponować nie tylko świeże interpretacje klasyki, ale też ukazywać "pokrewieństwa i powinowactwa z wyboru" (Michał Bristiger), łączyć muzykę wielkoobsadową i kameralną. Niestety, Festiwal Beethovenowski taki nie jest. Tu i 贸wdzie pojawiają się pojedynczy mistrzowie, reszta jest w rękach muzycznych wyrobnik贸w. Skłonność do potężnych obsad, rozbuchanej uczuciowości i poczucia wsp贸lnoty przez wielkie "w", na podstawie czego Festiwal kreuje swoją markę, to wątpliwa przysługa dla patrona. Co począć z ironią w jego muzyce i wszelkimi eksperymentami, jakie przeprowadzał na własnej duszy i uszach słuchaczy? Zamknąć je w gablocie pod tytułem "osiągnięcie ludzkości", z dopiskiem "uwaga, cel towarzyski"? Jaka przyszłość czeka Festiwal, jeżeli z roku na rok ciekawych koncert贸w jest coraz mniej?

MICHAŁ KLUBIŃSKI

Pytania bez odpowiedzi
  Belcea String Quartet, Fot. Bruno Fidrych  
  Belcea String Quartet, Fot. Bruno Fidrych  
Wizyty na tegorocznym Wielkanocnym Festiwalu Ludwiga van Beethovena okazały się bardzo stymulujące. Pytania, jakie co dnia rodziły się w mojej głowie, nadal pozostają bez odpowiedzi. Najważniejsze z nich brzmi: czym powinien się charakteryzować dobry festiwal muzyczny? Wszystkie pozostałe są tylko pr贸bą znalezienia odpowiedzi. Czy miarą wielkości festiwalu może być sukces frekwencyjny? Czy raczej powinno nią być zainteresowanie medi贸w elektronicznych i papierowych? Czy obecność na koncertach znakomitych gości, elit intelektualnych i politycznych, na czele z prezydentem RP, nie jest wystarczającym powodem, by uznać, że jest to impreza o randze europejskiej? Czy trwający blisko dwa tygodnie maraton powinien zaskakiwać i przynosić wielkie przeżycia artystyczne, czy raczej być okazją do towarzyskich spotkań i dobrym pretekstem do tego, by choć raz w roku wybrać się do Filharmonii Narodowej?

Sam Kwartet Belcea wiosny nie czyni
Po ogłoszeniu programu, jeszcze na długo przed rozpoczęciem Festiwalu, widać było, że wielkich orkiestrowych fajerwerk贸w na miarę występ贸w Niemieckiej Filharmonii Kameralnej z Bremy pod Paavo J盲rvim nie będzie. Najjaśniejszym punktem pośr贸d dziesięciu koncert贸w, kt贸rych słuchałam, okazał się występ Belcea Quartet. Choć w nazwie "Wielkanocny", to jednak przez wielu obserwator贸w i dziennikarzy Festiwal uznawany jest za wiosenny. Wpisuje się tym samym w europejskie tradycje takich wielkich wydarzeń, jak festiwale w Salzburgu czy Lucernie. Niestety wiosna, jak na złość, nie chciała zawitać w Warszawie aż do Wielkiego Piątku, gdy festiwal się kończył. Padający śnieg natrętnie przypominał, że jedna jask贸łka wiosny nie czyni. A jask贸łka była w tym roku wyjątkowo piękna i przyfrunęła do Warszawy z Londynu, gdzie od dziewiętnastu lat działa Belcea Quartet.
Koncert zespołu zapewne na długo pozostanie w pamięci tych, kt贸rym udało się zdobyć bilet do sali kameralnej Filharmonii Narodowej. Muzycy wykonali dwa kwartety patrona Festiwalu: F-dur op. 59 nr 1 i cis-moll op. 131. Ten repertuar był dla nich ostatnio codziennością, bo przygotowując się do płytowych rejestracji kompletu kwartet贸w, skupili się wyłącznie na nich. Zespoły rzadko decydują poświęcić się jednemu kompozytorowi do tego stopnia, by zrezygnować na dwa lata z wykonywania dzieł innych tw贸rc贸w. Efekt ten okazał się piorunujący. Od pierwszych dźwięk贸w było jasne, że interpretacja zespołu jest nie tylko głęboko przemyślana i dopracowana, ale też za każdym razem, na żywo podlega rewizji. Cztery instrumenty chwilami zlewały się w jedno brzmienie, by za moment przekomarzać się, kontrapunktować, inspirować siebie nawzajem do tworzenia muzyki tu i teraz. Uderzająca jest warsztatowa precyzja zespołu, nieskazitelna intonacja i bogata paleta brzmienia. W Kwartecie F-dur op. 59 nr 1 zesp贸ł brzmiał łagodnie, wręcz idyllicznie, po przerwie, w p贸źnym Kwartecie cis‑moll, muzycy grali zupełnie innym dźwiękiem: mocnym i przenikliwym. Kiedy wydawało się, że już nic więcej powiedzieć nie można, na bis wykonali wolną część Kwartetu e-moll op. 59 nr 2. Z akordu, kt贸ry w pierwszych sekundach brzmiał jak jednolita masa, powoli wyłaniały się poszczeg贸lne instrumenty - składniki akordu. Niezwykła wrażliwość na barwę i głęboka świadomość znaczenia czasu oraz umiejętność jego kształtowania sprawiły, że publiczność oniemiała.
Teraz pozostaje tylko cieszyć się, że zesp贸ł w tym roku raz jeszcze wystąpi w Warszawie i czekać cierpliwie do sierpnia, gdy pojawi się wraz z Piotrem Anderszewskim na festiwalu "Chopin i jego Europa".

Młodość nie wesele...
Elżbieta Penderecka po raz kolejny powierzyła trudne zadanie oficjalnego otwarcia Festiwalu Orkiestrze Akademii Beethovenowskiej. Młody, krakowski zesp贸ł tym razem występował pod batutą Kirilla Karabitsa, a solistką była litewska pianistka Mūza Rubackytė. Nie można też pominąć Ch贸ru Filharmonii Krakowskiej, kt贸ry był niezbędny do wykonania obu dzieł zaplanowanych na ten wiecz贸r.
W pierwszej części zabrzmiała Fantazja c-moll op. 80. Wypominanie patronowi Festiwalu niezbyt udanego utworu zapewne byłoby nietaktem, ale zrozumiałe wydaje się, że utw贸r bywa wykonywany bardzo rzadko. Skomplikowanej i niezbyt przejrzystej materii dzieła nie rozjaśniła niestety interpretacja, jaką zaproponował młody ukraiński dyrygent. Mūza Rubackytė starała się sprostać zagmatwanej fortepianowej partii, orkiestra zaś i ch贸r z mozołem jej towarzyszyły.
Wszyscy czekali jednak na drugą część, kt贸rą wypełniła IX Symfonia d-moll op. 125 Beethovena. Oczekiwanie na Odę do radości wymagało dużej odporności psychicznej i samozaparcia. Można litościwie pominąć nazwiska solist贸w, kt贸rzy zostali zaproszeni do udziału w tym koncercie, można założyć, że Kirill Karabits miał niewiele czasu na pr贸by z orkiestrą i dlatego nie był w stanie utrzymać pulsu żadnej z części Symfonii, można nawet usprawiedliwić jego histeryczny spos贸b dyrygowania, kt贸ry potęgował poczucie chaosu, ale smutnych wniosk贸w płynących z inauguracji zatrzeć nie spos贸b. Pechowo się złożyło, że tego wieczoru wszyscy dobrze pamiętali, jak brzmi motto festiwalu: "Wzniosłość i entuzjazm". Tego drugiego brakowało najbardziej. Młodemu zespołowi wiele można wybaczyć, jeśli zaraża energią i w pełni angażuje się w wykonywaną muzykę, niestety nie spos贸b tego powiedzieć o Orkiestrze Akademii Beethovenowskiej. Życie w niemrawy zesp贸ł pr贸bował wlać koncertmistrz, Michał Maciaszczyk, muzyk Wiedeńskich Filharmonik贸w, niestety jego wysiłki na niewiele się zdały.
Bardzo podobne wnioski nasuwały się po koncercie Polskiej Orkiestry Sinfonia Iuventus (22 marca, 19.30). Zesp贸ł prowadził młody Wenezuelczyk Rafael Payare, wychowanek słynnego El Sistema, programu edukacyjnego, kt贸rego chorążym jest Gustavo Dudamel. Payare starał się zarazić polskich muzyk贸w swoją żywiołowością, lecz efekty pozostawiały wiele do życzenia. Pech chciał, że zn贸w niedostatki młodych wykonawc贸w demaskował patron Festiwalu: w pierwszej części Leonora I op. 138, w drugiej - VII Symfonia A-dur op. 92. Od pierwszych takt贸w uwertury smutkiem napawała kondycja grupy instrument贸w dętych blaszanych, a cały zesp贸ł zdawał się zanadto zmęczony, by podążać za solistą Erzhanem Kulibaevem, kt贸ry wykonał Koncert skrzypcowy D‑dur op. 35 Czajkowskiego. Swoją drogą młody Kazach, kt贸ry w 2011 roku na Konkursie Wieniawskiego dotarł do finału, z muzyczną materią wirtuozowskiego dzieła Czajkowskiego radził sobie bardzo słabo. Liczne wpadki intonacyjne i nerwowość nie pozwoliły mu panować nad tempem, logiką formy. Oba koncerty z udziałem młodych orkiestr i dyrygent贸w napawały raczej smutkiem niż entuzjazmem.
Rodzi się pytanie, czy powierzenie Orkiestrze Akademii Beethovenowskiej inauguracji Festiwalu nie było zadaniem ponad jej siły? Nie jest tajemnicą, że orkiestra działa nieregularnie, że zwiera szyki przed konkretnymi projektami, a skład osobowy jest płynny. Czy Festiwal, kt贸ry pretenduje do bycia jedną z najważniejszych imprez muzycznych w Polsce, a nawet w Europie, stać na tak duże ryzyko artystyczne? Złośliwa pamięć przywołała natychmiast świetny koncert Gustav Mahler Jugendorchester, kt贸ra na Festiwalu Beethovenowskim występowała rok temu i jest żywym dowodem, że są orkiestry, kt贸rych kompetencje muzyczne nie budzą wątpliwości, a świeżość i radość grania udzielają się słuchaczom. Dlaczego w Polsce nawet młodzieżowa orkiestra wygląda na zmęczoną? Kolejne pytanie bez odpowiedzi.

Kłopotliwe rocznice
Dyktat rocznic staje się coraz bardziej męczący, zar贸wno w życiu festiwalowym, jak w fonografii. Jubileusze są najwygodniejszym kluczem doboru repertuaru i ułatwiają zadanie specjalistom od marketingu. Czasem jednak szanowny jubilat pada ofiarą takich zabieg贸w. Na Festiwalu Wielkanocnym spotkało to Witolda Lutosławskiego, kt贸rego utw贸r znalazł się w programie koncertu Orkiestry Symfonicznej Czajkowskiego. Tradycje tego zespołu radiowego sięgają lat trzydziestych XX wieku, a od blisko lat czterdziestu szefuje mu Vladimir Fedoseyev, kt贸ry poprowadził zesp贸ł także w Warszawie.
Koncert rozpoczął się od muzyki Beethovena: Leonora III zabrzmiała niczym nagranie sprzed czterech dziesięcioleci. Dziś już mało kto gra Beethovena w r贸wnie ciężki, masywny spos贸b, z użyciem wielkiej orkiestry (z dziesięcioma pulpitami I skrzypiec). Być może dyrygent już na samym początku postanowił wykorzystać cały zesp贸ł, kt贸ry w drugiej części koncertu grał X Symfonię e-moll op. 93 Dymitra Szostakowicza. Ciężkie, masywne brzmienie mogło dziwić, ale całość nie budziła większych zastrzeżeń. W Szostakowiczu muzycy czuli się znacznie lepiej, a rodzaj ekspresji - wyjęty z epoki, w kt贸rej żył kompozytor - już nie raził, nawet pomagał. Moskiewska orkiestra dostała niestety od organizator贸w także zadanie specjalne, jakim było towarzyszenie bardzo zdolnemu niemieckiemu wiolonczeliście Nicolasowi Altstaedtowi w Koncercie wiolonczelowym Lutosławskiego. Słowo "towarzyszyć" należy jednak potraktować umownie, bo partytura utworu pisanego dla Mścisława Rostropowicza stawia przed orkiestrą bardzo ważne zadanie: ma brutalnie wkraczać w partię solisty. Rosyjscy muzycy nie zrobili tego w najmniejszym nawet stopniu. Ingerencje trąbek brzmiały jak nieśmiała pr贸ba zabrania głosu, wiele nut, kt贸re zapisał Lutosławski, nie odezwało się wcale, zdezorientowany wiolonczelista nie m贸gł zaś uwierzyć, że po tym, co się zdarzyło, publiczność wymaga od niego bisu. Zagrał Bacha i szybko zniknął za kulisami. Dzięki obchodom setnej rocznicy urodzin Witolda Lutosławskiego jego Koncert wiolonczelowy zabrzmiał w tym roku w Warszawie już kilkakrotnie. Tym razem nie przypominał sam siebie.
W niebezpieczne tryby rocznicowej karuzeli wpadł w tym roku także Giuseppe Verdi. Pomysł, by jego monumentalne Requiem wieńczyło Festiwal, wydawał się bardzo dobry - niestety zawiodły decyzje co do obsady. Podobnie jak w przypadku IX Symfonii Beethovena, litościwie pomińmy nazwiska zagranicznych solist贸w, kt贸rym dzielnie towarzyszyły połączone siły Orkiestry i Ch贸ru FN. Całością dyrygował Krzysztof Penderecki - także jubilat. Mimo zimowej aury, atmosfera w Filharmonii była gorąca, owacjom nie było końca. Tylko naprawdę trudno powiedzieć, dlaczego.

Powracające fale...
Nie byłoby Wielkanocnego Festiwalu bez stałych gości. Do prawdziwych weteran贸w w dyscyplinie muzycznych bieg贸w długodystansowych należy niezmordowany Rudolf Buchbinder, ale na jego koncert celowo się nie wybrałam. Po raz drugi do Warszawy przyjechali w tym roku Julian Rachlin i Itamar Golan, kt贸rzy w ubiegłym roku rozpoczęli cykl wykonań wszystkich Sonat Beethovena na fortepian i skrzypce. Skrzypek Julian Rachlin zawita do Polski ponownie już w listopadzie, będzie jednym z gości Festiwalu Krzysztofa Pendereckiego. Z osobą polskiego kompozytora łączy się też nazwisko Barry'ego Douglasa, kt贸ry wystąpił ze swoim zespołem Camerata Ireland. Wykonawca polskiego prawykonania Koncertu "Zmartwychwstanie" tym razem grał w Warszawie dwa pierwsze Koncerty Beethovena, a po przerwie dyrygował Symfonią C-dur "Jowiszową" Mozarta. Trudno jednak zachować ten wiecz贸r w pamięci na dłużej. W pielęgnowaniu dobrych wspomnień nie pomogą też dwie fortepianowe miniatury Johna Fielda, opracowane przez Douglasa na orkiestrę, kt贸re stanowiły intermezzo pomiędzy Koncertami Beethovena.
Po każdym Wielkanocnym Festiwalu Ludwiga van Beethovena pojawiają się te same wątpliwości. W zeszłym roku zostały wprawdzie nieco zagłuszone przez dobre wrażenia z koncert贸w Gergieva i Paavo J盲rviego, ale tym razem powr贸ciły tym silniejsze, że zabrakło wydarzeń artystycznych takiej miary. Sukces frekwencji i marketingu nie zapewni Festiwalowi rangi, do jakiej aspiruje, nawet jeśli kolejni ministrowie kultury i prezydenci miasta stołecznego będą powtarzać niczym mantrę, że oto mamy w Warszawie jeden z najważniejszych europejskich festiwali. Zbyt wiele w programie wpadek artystycznych, za dużo koncert贸w przeciętnych albo wręcz słabych. Festiwal ma być muzycznym świętem, niosącym wzniosłość i budzącym zachwyt, jak sami podpowiadają organizatorzy, mnie natomiast po prostu zmęczył i znudził. Poza koncertem Belcea Quartet nie zachowam w pamięci niczego.

AGATA KWIECIŃSKA (Polskie Radio)
MICHAŁ KLUBIŃSKI, AGATA KWIECIŃSKA

ROK LVII • NR 9 • 28 KWIETNIA 2013

Mysz w Ruchu


ROK LVII • NR 9 • 28 KWIETNIA 2013


2013r - Terminarz nadsy砤nia materia丑w


Biblioteka narodowa
Oficjalna witryna banku PKO BP

  Wstecz  Do g髍y  Napisz do nas  DrukujSkomentuj

© 2006-2009 Biblioteka Narodowa