Muzyka wsp蟪czesna
Relacje
Opera
Historia
P硑ty
Archiwum Artyku硑 Ksią縦i P硑ty Autorzy Koncerty Prenumerata Reklamy i Og硂szenia Forum Kontakt
Opera  Londyn świętuje urodziny Brittena

  John Graham-Hall jako Aschenbach (<i>Śmierć w Wenecji</i>), Fot. Hugo Glendinning  
  John Graham-Hall jako Aschenbach (Śmierć w Wenecji), Fot. Hugo Glendinning  
W roku 2013 muzyczni patrioci mają wiele powod贸w do dumy: Włosi obchodzą urodziny Verdiego, Niemcy - Wagnera, Polacy - Lutosławskiego, Anglicy zaś - Benjamina Brittena. Ten ostatni cieszy się sławą najpopularniejszego kompozytora operowego XX wieku, zajmując trzynastą pozycję na liście tw贸rc贸w, kt贸rych dzieła gościły najczęściej na deskach światowych teatr贸w przez ostatnie pięć lat. Pow贸d do dumy tym większy, że Britten jest nie tylko najwyżej cenionym kompozytorem operowym ubiegłego stulecia, ale i dlatego, że wyprzedza takich tuz贸w jak Humperdinck, Leh谩r czy Bellini. Nic więc dziwnego, że londyńskie English National Opera i Royal Opera House silnie zaznaczyły p贸łmetek jubileuszu.

Mieszcząca się niedaleko Trafalgar Square English National Opera postawiła na dwa pewniaki: jeden z najbardziej znanych utwor贸w Brittena, czyli Śmierć w Wenecji w sprawdzonej i święcącej triumfy inscenizacji Deborah Warner. Wystawiona po raz pierwszy w ENO w 2007 roku, opera gościła p贸źniej na deskach brukselskiej La Monnaie oraz mediolańskiej La Scali w roku 2011 - triumfalny poch贸d trwa nadal, prowadząc po raz drugi przez Londyn w drodze do Amsterdamu, gdzie dzieło Brittena zamknie tegoroczny sezon.
Warner subtelnie połączyła dwie warstwy narracji Śmierci w Wenecji: fizyczną/realną i wewnętrzną/duchową. Osiągnęła to przez ograniczenie liczby rekwizytor贸w i dekoracji, zastosowanie projekcji wideo, oraz - a może przede wszystkim - umiejętną grę światłem (brawa dla Jeana Kalmana). W zależności od miejsca i czasu akcji obserwowaliśmy słońce w rozmaitych fazach i barwach - duże wrażenie zrobił na mnie epizod, kiedy Aschenbach po wejściu do apartamentu na wyspie Lido odsłania okno na morze skąpane w bladym blasku, zr贸żnicowanym od ż贸łci po błękit. Kiedy wybiera się gondolą do Wenecji, w głębi sceny majaczą sylwetki bazyliki i dzwonnicy San Marco, a w dali Santa Mario della Salute i zabudowań Guidekki.
  Na pierwszym planie: Sam Zaldivar, John Graham-Hall (<i>Śmierć w Wenecji</i>), Fot. Hugo Glendinning  
  Na pierwszym planie: Sam Zaldivar, John Graham-Hall (Śmierć w Wenecji), Fot. Hugo Glendinning  
Na uwagę zasługuje także ciekawy pomysł z przecięciem sceny trzema r贸wnoległymi pasami czarnego polakierowanego drewna - dzięki zmianom oświetlenia stają się one już to kanałami Wenecji, już to brzegiem morza, kiedy indziej wyznaczają przestrzeń wyimaginowanych pomieszczeń. Pojawieniu się na scenie Dionizosa towarzyszy kolejny prosty i skuteczny efekt - w sali na kilka chwil zapalają się wszystkie lampy. Wszystko dzieje się tak delikatnie i naturalnie, że gdy zn贸w zapadła ciemność, czułem się zdezorientowany - podobnie jak Aschenbach podczas spotkania z greckim bogiem. Jednym z najmocniejszych element贸w inscenizacji Śmierci w Wenecji była choreografia - poczynając od detali doskonale zsynchronizowanych z muzyką i nadających jej dodatkowy sens (pokłon, ukradkowe spojrzenie, kolizja gondoli), na ruchach młodzieńc贸w kończąc. Prowadzący tancerzy Kim Brandstrup połączył pełną energii choreografię Jerome'a Robbinsa z West Side Story z zagadkowym pięknem i dostojnością greckich figur. Wreszcie udało mi się zapomnieć o bladym chłopcu z filmu Viscontiego i przekonać się do wizji pięknego, gibkiego młodzieńca (Sam Zaldivar), kt贸ry zwycięża we wszystkich konkurencjach pentatlonu i zachwyca harmonią ruch贸w. Pod koniec opery owo uosobienie Apollona odchodzi w stronę słońca, stapiając się z jego oślepiającym blaskiem.
Śmierć w Wenecji jest też spektaklem świetnie dopracowanym od strony muzycznej. Prowadzona przez Edwarda Gardnera orkiestra wykazała się przede wszystkim subtelnością w grze barwami orkiestrowymi - z dużą przyjemnością śledziłem losy gamelanowego motywu Tadzia, przekazywanego kolejnym grupom instrumentalnym i solistom. Na szczeg贸lną pochwałę zasługuje odtw贸rca roli Aschenbacha - John Graham-Hall. Nie tylko sprostał kondycyjnie trudnej partii, ale i nadał jej głęboko ludzki wyraz.

Z London Coliseum wystarczy kwadrans spaceru do Covent Garden, gdzie mieści się Royal Opera House. Mimo bliskiego sąsiedztwa teatr贸w, ich strategie obchod贸w rocznicy Brittena r贸żnią się diametralnie - w odr贸żnieniu od narodowej, opera kr贸lewska postanowiła zabrać publiczność w nieznane. Zaplanowano tam bowiem premierę nowej inscenizacji Gloriany - mało znanej w por贸wnaniu ze Śmiercią w Wenecji albo Peterem Grimesem. Niewykluczone, że na decyzję wpłynęła też okoliczność, że Gloriana miała prapremierę właśnie w Royal Opera House - to przecież opera "koronacyjna", skomponowana dla uczczenia intronizacji nowej kr贸lowej Zjednoczonego Kr贸lestwa, Elżbiety II.
Gloriana to jedno z wielu dzieł poświęconych Elżbiecie I - żeby wymienić choćby Roberta Devereux Donizettiego, Elżbietę i Esseksa Lyttona Strachey'a albo słynny film z Cate Blanchett w roli gł贸wnej. 脫sma opera Brittena spotkała się z dość chłodnym przyjęciem w dniu premiery, prawdopodobnie dlatego, że wystawiono ją przed arystokratyczną publicznością, zainteresowaną bardziej nową władczynią niż nowym utworem kompozytora.
  Susan Bullock jako Elżbieta I (<i>Gloriana</i>), Fot. ROH/Clive Barda  
  Susan Bullock jako Elżbieta I (Gloriana), Fot. ROH/Clive Barda  
Mimo sukcesu p贸źniejszych przedstawień, pech zdaje się nie opuszczać Gloriany, kt贸ra pojawia się na afiszach bardzo rzadko: omawiany spektakl to zaledwie trzecia inscenizacja w Covent Garden. Tymczasem Gloriana ze wszech miar zasługuje za zainteresowanie. Muzyka ma silnie archaizujący charakter, co nie dziwi, zważywszy na tematykę opery. Najistotniejszą rolę w partii orkiestrowej odgrywają instrumenty dęte, przywodzące na myśl dawne dworskie fanfary. Operową tkankę pięknie punktują zaaranżowane pieśni z towarzyszeniem lutni, inspirowane tw贸rczością Dowlanda, oraz ch贸ry z nawracającym motywem "Green leaves we are, red rose our golden Queen". Gloriana opowiada o wewnętrznym konflikcie Elżbiety I, rozdartej między uczuciami osobistymi a obowiązkami publicznymi - stąd też liczne w partyturze fragmenty o silnym ładunku emocjonalnym. W ostatniej scenie kompozytor zastosował jeszcze jeden ciekawy zabieg: wprowadził długi fragment recytacji bez akompaniamentu, kt贸ra w finale nabiera niezwykle dramatycznego wyrazu.
Orkiestra pod batutą Paula Daniela grała rzetelnie i przekonująco, dobrze spisały się ch贸ry oraz soliści. Jedyne zastrzeżenie kieruję pod adresem wykonawczyni gł贸wnej roli, Susan Bullock, w kt贸rej głosie dało się wyczuć zmęczenie. Na jej korzyść przemawiają za to wybitne zdolności aktorskie i umiejętności deklamacyjne.
Reżyseria Richarda Jonesa jest inteligentna. Mamy do czynienia z teatrem w teatrze - także z jego maszynerią i personelem technicznym. Po rozpoczynającej operę retrogresywnej defiladzie brytyjskich monarch贸w, zatrzymującej się na Elżbiecie I, przeistaczamy się w widz贸w prowincjonalnego przedstawienia. O miejscu akcji w poszczeg贸lnych scenach publiczność informują nas chłopcy noszący tabliczki z literami, kt贸re układają się w nazwy London, Norwich, Whitehall - filuterne nawiązanie do tradycji teatru elżbietańskiego. Całość jest utrzymana w podobnym tonie, niestroniącym od lekkiego humoru i zamierzonej nieudolności. Niemal do końca przedstawienia sądziłem, że konwencja szybko się wyczerpała i przestała wnosić cokolwiek nowego do przedstawienia. Odpowiedź na moje wątpliwości Jones zachował na koniec: w monologu Elżbiety, kt贸ra oznajmia, że czuje się osadzona na scenie jakby wbrew woli - samotna wobec spojrzeń całego świata. W tej pełnej napięcia chwili bohaterka przekracza granicę i zwraca się bezpośrednio do publiczności.

  Scena zbiorowa z <i>Gloriany</i>, Fot. ROH/Clive Barda  
  Scena zbiorowa z Gloriany, Fot. ROH/Clive Barda  
Anglicy obchodzą z rozmachem jubileusz swego wielkiego kompozytora. Witold Lutosławski nie napisał żadnej opery, Wagner i Verdi goszczą na naszych scenach także i bez rocznic. Można więc tylko żałować, że zapomnieliśmy o Brittenie. Skoro nie Peter Grimes, nie Śmierć w Wenecji, to może chociaż Noe i potop?
STANISŁAW SUCHORA

ROK LVII • NR 15 • 21 LIPCA 2013

Mysz w Ruchu


ROK LVII • NR 15 • 21 LIPCA 2013


2013r - Terminarz nadsy砤nia materia丑w


Biblioteka narodowa
Oficjalna witryna banku PKO BP

  Wstecz  Do g髍y  Napisz do nas  DrukujSkomentuj

© 2006-2009 Biblioteka Narodowa