Muzyka wsp蟪czesna
Relacje
Opera
Historia
P硑ty
Archiwum Artyku硑 Ksią縦i P硑ty Autorzy Koncerty Prenumerata Reklamy i Og硂szenia Forum Kontakt
Opera  Żałosne przypadki celebryty

  Mark Morouse (Falstaff) - scena finałowa Na winiecie: scena druga z aktu pierwszego, Fot. Katarzyna Zalewska  
  Mark Morouse (Falstaff) - scena finałowa Na winiecie: scena druga z aktu pierwszego, Fot. Katarzyna Zalewska  
Odkąd dowiedziałem się, że nasi rodzimi celebryci nie gardzą żadną okazją zarobku, że potrafią zaszczycić imprezę w zamian za parę markowych dżins贸w lub kosz delikatesowy, że miotają się w sieci niespłaconych kredyt贸w i każde zarobione pięćset złotych to dla nich fortuna - zrobiło mi się ich serdecznie żal. A przecież nie powinno: przy wszystkich uciążliwościach mają swoje sekundy, czasem nawet minuty sławy, pławią się w świetle jupiter贸w (pan tu stanie z tym bucikiem, pani się napije naszej zdrowej wody, państwo się podpiszą, jeszcze tylko z profilu i uśmiech), a my mamy kogo podziwiać, mamy się kim ekscytować, mamy komu serdecznie wsp贸łczuć, gdy media jak z rękawa sypią kolejnymi newsami.
"A może Falstaff dzisiaj to też ikona wsp贸łczesnego artysty, jego duchowej kondycji, a właściwie opowieść o wszechwładzy medi贸w, o mechanizmach ich działania, kt贸re kreują rzeczywistość, zawłaszczają wizerunki, tworzą idoli i bohater贸w, dopisując im biografie i skandale?" - pyta Tomasz Konina w programie do opery Verdiego. "Verdi i Boito w ich lirycznej komedii stworzyli ironiczno-gorzką opowieść o potrzebie wielkich baśniowych narracji, kt贸rych bohaterami wsp贸łcześnie stają się ikony medi贸w - właśnie tak jak pewien znany francuski aktor czy pewien znany brytyjski książę, kt贸rego ślub, za pośrednictwem kamer, oglądał co trzeci człowiek na świecie. Jesteśmy tacy, jak nasi bohaterowie, idole, ikony. Za tym samym tęsknimy, to samo nas kusi". Konina nawiązuje oczywiście do bardzo konkretnego celebryty - Gerarda Depardieu.
Hm, dość odległe wydaje mi się to skojarzenie i fundamentalnie nie zgadzam się z taką koncepcją. Co oczywiście nie zmienia faktu, że inscenizator (Konina zaprojektował też funkcjonalną scenografię i jest wsp贸łautorem kostium贸w) potrafił ją uzasadnić, tworząc spektakl inteligentny i szczerze zabawny, a przy tym nieosuwający się w farsę. Falstaff jest bowiem dziełem wielowymiarowym i wielu reżyser贸w wyciągało z niego r贸żne sensy. Widziałem już wersję przeniesioną w rzeczywistość angielskiej middle class z lat pięćdziesiątych XX wieku, gdzie istotna była mniej lub bardziej subtelna intryga towarzyska - miłe zajęcie dla ludzi znudzonych. Filipika Koniny przeciw płytkości i miałkości naszego świata to gest zrozumiały, ale w przypadku tej właśnie opery możliwy do przyjęcia tylko pod warunkiem żelaznej konsekwencji w prowadzeniu akcji.
Oddzielmy więc ideę od ozdobnik贸w. Sława daje status i jest warunkiem społecznego istnienia. Sławę dają media. Media deprawują zar贸wno celebryt贸w, jak widz贸w. Zniewolony i zdeprawowany artysta zaprzedaje się złu. W porządku, ale opera nazywa się Falstaff, nie zaś Depardieu. Konina musiał zatem sw贸j pomysł narzucić na siatkę intrygi i zadbać, by siatka się nie rozpruła. Rozkładając akcenty w taki spos贸b, ujednoznacznił i zbytnio sformatował nieoczywistą w oryginale postać tytułową.
Jest o czym dyskutować. Piotr Urbański kończy sw贸j esej w programie słowami: "Jego dowcip i błyskotliwość wcale nie zachwycają, a raczej irytują. Falstaff to - zgodnie ze znaczeniem swego nazwiska - 扭fałszywa moneta钮. Zasługiwał na potępienie, a jednak Mistrz ze Stratfordu w swej wielkoduszności go ocalił. Może w tej perspektywie warto popatrzeć na pozornie radosny, skrzący się i słownym, i muzycznym dowcipem finał Verdiowskiego Falstaffa?". U Koniny bohatera "ocala" jego bezmierne zadufanie: w blasku fleszy otrząsa się z upokorzenia (o kt贸rym, jak pewnie wie, wszyscy pojutrze zapomną) i śmiało podąża - Konina stawia w tym miejscu kropkę nad i - ku jaśniejącym wieżom Kremla. I już. Falstaff-Depardieu zdaje się całkiem bezrefleksyjny i wyzuty z poczucia tragizmu. Tragizm mogą dostrzec tylko widzowie. Ale to zbyt poważne słowo, kt贸re w naszym świecie już się zdewaluowało. C贸ż jest tragicznego w kramarskich targach celebryty, kt贸ry widzi okazję łatwego zarobku na ludzkiej naiwności? Podstarzałego amanta, kt贸rego miłosne podboje wypływają bardziej z potrzeby samopotwierdzenia niż z chęci poprawy losu? Falstaff Koniny nie jest wyzuty z honoru - on tego pojęcia, jak widać, po prostu nie rozumie. Pr贸żny i powierzchowny we wszystkim co robi, przemierza scenę powodowany przede wszystkim pragnieniem poklasku (niech się dzieje, co chce, byle były przy tym kamery). Alice Ford przy okazji rozprawy z natrętem rozgrywa swoją grę ( "wystawiając" Falstaffa mężowi, tuszuje może własne grzeszki), Nannetta i Fenton (rozbisurmanione dziewczynisko i majster "złota rączka") z zapałem dążą do mezaliansu i skandalu towarzyskiego. Meg Page wsp贸łknuje intrygę z pełnym zaangażowaniem, wspomaganym od czasu do czasu łykiem napoju z podręcznej piersi贸wki. Zblazowana Quickly ma przy tym sporo dobrej zabawy. Popędliwy Ford wydaje się - co ciekawe - przegrywać partię: nie dość, że nie udało mu się skojarzyć planowanego małżeństwa c贸rki z młodym i energicznym doktorem Cajusem (ten ma co prawda słabą głowę, ale za to mocną pozycję społeczną), to jeszcze czuje się moralnie zobowiązany wobec własnej żony, skrzywdzonej podejrzeniami. Reżyser nie ma najlepszego zdania o nikim z nas (my, publiczność, jesteśmy bowiem tacy sami jak oni) i subtelnie rozprawia się z naszym dobrym samopoczuciem. Dzieciniec, kt贸remu z pewnym zdziwieniem przypatrujemy się od pierwszego obrazu, to nic innego jak nasi następcy, od pierwszych chwil tresury społecznej uczeni łykania medialnej papki. Jakież to szczęście zobaczyć z bliska wspaniałe kamery i błyszczącego celebrytę: rozdającego autografy, otoczonego wianuszkiem wielbicielek. Przyszłość niepokoi.
A ozdobniki? Niekt贸re przydatne: świetnym pomysłem było wprowadzenie postaci młodego człowieka, być może wychowanka albo syna Ford贸w, kt贸ry pełni r贸żne funkcje: pomaga wychowawczyniom we wspomnianym przedszkolu, przenosi listy Falstaffa, swoją obecnością i scenicznymi działaniami "zszywa" intrygę. Dwie nieprzepadające za sobą kumy, przesiadujące na ławeczce pod balkonem domu Ford贸w, z narastającą ciekawością nasłuchują odgłos贸w awantury. Bardolf i Pistol, podtatusiali i niezbyt udolni totumfaccy Falstaffa, niejedno z nim przeszli i stać ich na pewną pobłażliwość, nawet gdy opowiedzą się już przeciwko dotychczasowemu patronowi. Skąpany w Tamizie, wysychający na ławeczce Falstaff prosi o szklankę grzanego wina. Nikt mu jej nie przynosi. Celebryta chwilowo "odpadł". Niekt贸re działania sceniczne były jednak zbyt przerysowane: groteskowa ekipa filmowc贸w albo reporter贸w telewizyjnych wyłamywała się z konwencji - było nie było - komedii, zbytnio ciążąc w stronę farsy.
W sumie uznanie dla reżysera - śpiewacy wiedzieli, jakie postacie mają zagrać. Mark Morouse, amerykański baryton występujący na scenach niemieckich, śpiewał Falstaffa swobodnie, może nawet zbyt swobodnie, bo jego wokalna dezynwoltura wydawała się adekwatna do powierzchownych gest贸w bohatera. Stanisław Kuflyuk stworzył Forda - człowieka prawdziwego, nie marionetkę. Kapitalna r贸żnica między nim a Falstaffem w ostatniej scenie polega na tym, że Ford przeżywa załamanie swoich plan贸w z godnością, a po Falstaffie niepowodzenie spływa jak po kaczce. Białoruski baryton dysponuje głosem o interesującym brzmieniu i dużej mocy - nic dziwnego, że na premierze odni贸sł zasłużony sukces. Na słowa najwyższego uznania zasłużyła Helena Zubanovich, polska śpiewaczka osiadła od lat za granicą. Jej głęboki alt dawał dobrą podstawę w żeńskich ansamblach, a zdolności aktorskie pozwoliły stworzyć postać doświadczonej kobiety, kt贸ra bawiąc się intrygą, umie rozproszyć nudę uporządkowanego życia. Pozostałe panie były świetne postaciowo: Galina Kuklina (Alice Ford) ma ładny głos, ale śpiewała trochę rozproszonym dźwiękiem, Natalia Puczniewska (Nannetta) nie zawsze i nie w pełni panowała nad oddechem. Spodobała mi się wokalnie Magdalena Wilczyńska-Goś (Meg Page). Zwr贸cił uwagę Piotr Friebe - młody i energiczny Doktor Cajus m贸gł być realnym zagrożeniem dla małżeńskich plan贸w Fentona i Nannetty. Fentonem w poznańskim spektaklu był Mikołaj Adamczak, kt贸rego występ w partii Leńskiego w Szczecinie omawiałem niedawno. Nie mam już obaw co do wolumenu jego głosu, powtarzam jednak zastrzeżenia do emisji wysokich dźwięk贸w. Aria z ostatniego aktu jest belcantowa, a nie werystyczna, więc wszystkie łkania i portamenta można było sobie z powodzeniem darować. Adamczak jest jednak znakomity scenicznie: jeśli potraktuje sw贸j piękny głos z należną troską, może wiele osiągnąć. Trzeba też wspomnieć o Karolu Bochańskim i Andrzeju Og贸rkiewiczu, kt贸rzy w partiach Bardolfa i Pistola sprawdzili się zar贸wno wokalnie, jak aktorsko.
Gabriel Chmura przygotował spektakl rzetelnie, choć nie nad wszystkimi szczeg贸łami udało się zapanować (ansamble - zwłaszcza kobiece - w drugim obrazie pierwszego aktu aż się proszą o dopracowanie, podobnie waltornia w trzecim akcie). Energicznie prowadzonemu zespołowi zbywało nieco na subtelności. A przecież inscenizacja Koniny jest sama przez się dość głośnym manifestem.


Giuseppe Verdi Falstaff. Kierownictwo muzyczne: Gabriel Chmura, reżyseria i scenografia: Tomasz Konina, kostiumy: Tomasz Konina, Czesław Pietrzak, Monika Zajączkowska. Premiera w Teatrze Wielkim w Poznaniu 21 czerwca 2013.
LECH KOZIŃSKI

ROK LVII • NR 15 • 21 LIPCA 2013

Mysz w Ruchu


ROK LVII • NR 15 • 21 LIPCA 2013


2013r - Terminarz nadsy砤nia materia丑w


Biblioteka narodowa
Oficjalna witryna banku PKO BP

  Wstecz  Do g髍y  Napisz do nas  DrukujSkomentuj

© 2006-2009 Biblioteka Narodowa