Muzyka wsp蟪czesna
Relacje
Opera
Historia
P硑ty
Archiwum Artyku硑 Ksią縦i P硑ty Autorzy Koncerty Prenumerata Reklamy i Og硂szenia Forum Kontakt
Muzyka wsp蟪czesna  O nowy i powszechny

Największe europejskie i światowe dzienniki mają swoich felietonist贸w muzycznych, kt贸rzy nie ograniczają się do komentowania bieżących wydarzeń, lecz pr贸bują od czasu do czasu spojrzeć na zjawiska muzyczne z szerszej perspektywy. Dobrze, że są tacy i u nas - zajmują wprawdzie niewiele gazetowego miejsca, ale pi贸ra bywają znakomite, o czym czytelnicy "Wyborczej" na przykład mogą przekonać się w każdą sobotę.

Miarą sukcesu felietonisty bywa czasem nie tyle precyzja i przenikliwość sformułowań, co umiejętność ukazania tematu w spos贸b żywy, barwny, zapadający w pamięć i wywołujący odzew. Z tego punktu widzenia pożyteczny skandal wywołany felietonem Socrealistyczny Penderecki uznałbym za duży sukces Andrzeja Chłopeckiego - mniejsza o trafność diagnozy i jasność jej przedstawienia ("żadna wiara w jego [Pendereckiego] partytury nie jest warta naszej wiary" - to cytat) wobec faktu, że udało mu się sprowokować reakcje stanowiące tak bogaty materiał do przemyśleń.

R贸wnież i tym razem błyskotliwy, obfitujący w zaskakujące i niefrasobliwe skojarzenia tekst zatytułowany "Widmo" ("Gazeta Wyborcza", 3-4 marca 2007) pobudził mnie do refleksji - nie dlatego bynajmniej, żeby zawarte w nim tezy autor przedstawił w spos贸b rygorystyczny, bo w felietonach nie jest to przecież konieczne. Stąd też poniższych refleksji nie uważam za polemikę, ale raczej za skorzystanie z inspirującego pretekstu do zajęcia się pewnymi sądami o tak dużej sile bezwładu, że nie opuszczają one nawet tęgich muzycznych gł贸w tego i ubiegłego stulecia.

  Rys. Małgorzata Tabaka  
  Rys. Małgorzata Tabaka  
Z felietonu dowiadujemy się m.in., że we wrześniu 2004 roku pewien "młody i nieprzeciętnie zdolny student warszawskiej muzykologii" poinformował czytelnik贸w "Odry" o francuskim wynalazku z pierwszej połowy lat 70. zwanym spektralizmem, kt贸ry to nurt "rodzi nadzieję na całkowitą odnowę muzyki i szansę na stworzenie uniwersalnego języka muzycznego". Chłopecki podąża tropem tych myśli i stwierdza: "urodził się nam nowy system (w miejsce tonalności dur-moll), kt贸ry dać nam może nowe J. S. Bacha Wariacje Goldbergowskie i nową po Beethovenie IX Symfonię. To nie jest wykluczone, to jest możliwe, za tym muzyczna kultura tęskni jak susza za dżdżem." Co stwierdziwszy, autor puszcza wodze fantazji, odnajdując i wynajdując związki między myślą Jana Topolskiego, Griseya, Muraila, Varese'a i Hoene-Wrońskiego. Mesjanistyczne wizje ujmuje w trybie warunkowym ("jeśli więc istotnie od ponad 30 lat coraz intensywniej rządzi nową muzyką nowy system uniwersalny por贸wnywalny z systemem dur-moll ...") i nie sądzę, żeby w nie istotnie wierzył - raczej widać tu potrzebę wygłoszenia efektownej tezy, co u felietonisty zrozumiałe. Całkiem na serio natomiast należy chyba potraktować przyjęte przez autora - już bez żadnych zastrzeżeń i uzasadnień - założenie, kt贸re ująłbym następująco: nie mamy teraz żadnego powszechnego języka muzycznego, co dla muzyki jest bardzo niedobre (łakniemy go jak "susza dżdżu"), wobec czego należałoby takowy stworzyć.

Dla czytelnika, kt贸ry rzadko lub wcale doświadcza przyjemności obcowania ze wsp贸łczesną muzyką, lecz jako człowiek kulturalny chciałby dowiedzieć się, co w niej piszczy (można założyć, że do kategorii tej należy większość tych, kt贸rzy zadali sobie trud przeczytania felietonu) przekaz z tego płynie taki: skoro oni (tw贸rcy) m贸wią językiem tymczasowym, analogicznym do sztucznych język贸w komputerowych albo r贸wnie trudnym jak chiński, to nic dziwnego, że nie spos贸b ich zrozumieć i zresztą nie warto; w tym języku żadne arcydzieła powstać nie mogą, poczekajmy zatem, aż ten nowy język powstanie. Może rzeczywiście spektralizm go przyniesie?

Ale czy można spodziewać się, że doczekamy się czegokolwiek? Od dziesiątk贸w lat na brak powszechnego języka narzekają zar贸wno konserwatyści, jak rewolucjoniści; niekt贸rzy pr贸bowali takowy stworzyć, inni ubolewali, że poszukiwania idą w złym kierunku, ogłaszano zasady nowych reguł powszechnej gramatyki, kt贸re wkr贸tce okazywały się nie tak uniwersalne, jak sądzono.

W Polsce weszło w zwyczaj przywoływanie autorytetu Witolda Lutosławskiego dla wyjaśnienia wszelkich problem贸w muzycznej wsp贸łczesności. Niekiedy jego słowa (Tadeusz Kaczyński Rozmowy z Witoldem Lutosławskim) o czasie zbierania "cegiełek" i czasie budowania interpretuje się w spos贸b mocno naciągany, jakoby sens naszej muzycznej "międzyepoki" miał być z grubsza ten sam, co stwierdzony ex post "cel" czas贸w szkoły mannheimskiej (Lutosławski obwarowuje swoje por贸wnanie licznymi zastrzeżeniami): produkcja materiał贸w pod przyszłe budowle dla nowych Mozart贸w i Beethoven贸w - odwołanie się do wizji cyklicznych powrot贸w niesie ze sobą aurę ponadczasowej mądrości (zawsze tak było, więc tak będzie nadal). Ten sam schemat, co w czasach gospodarki prawie bez wzrostu i w czasach minimalnego przyrostu teoretycznej wiedzy, miałby zatem obowiązywać także dzisiaj.

O tym, że powstaje nowy powszechny język muzyczny przeświadczona była Tr贸jka Wiedeńczyk贸w. Nie miał to być język wyłącznie artyst贸w i koneser贸w (choć tw贸rczości swej nie adresowali do "mas"), o czym świadczy stwierdzenie Weberna: "Kiedyś moje melodie gwizdać będą listonosze". Jak widać, najwyraźniej wierzył on w r贸wnoległość rozwoju muzyki i powszechnej wrażliwości, jako że istniała ona do tamtego czasu przez wieki. W zabawnie dziś brzmiącym stwierdzeniu widać słuszne założenie: język "powszechny" to taki, kt贸ry "obowiązuje" i w muzyce popularnej, i artystycznej - r贸żnica polega na tym, że w pierwszej języka się po prostu używa (jak w mowie potocznej), a w drugiej staje się on przedmiotem tw贸rczej refleksji. Niemniej w obu przypadkach bierze się go jakby
z powietrza, kt贸re nas otacza. Zatem gdyby spektralizm miał stać się językiem powszechnym, to wniosek z tego taki, że w Radiu RMF FM "leciałyby" spektralne piosenki - arystokracja ducha raczej rzadko spogląda na takie niziny, wobec czego często uchodzi jej uwagi aspekt, o kt贸rym Webern nie zapomniał kreśląc swoją uroczą wizję (wyobraźmy sobie naszego listonosza, kt贸ry wręczając nam przesyłkę wesoło pogwizduje Kleiner Fl眉gel Ahornsamen z I Kantaty - melodia skądinąd nie tak znowu trudna).

Te i inne kwestie warto by przemyśleć, kiedy z przyzwyczajenia ubolewamy nad trudami życia w cieniu nowej wieży Babel i niemożności porozumienia, warto by r贸wnież zadać sobie pytanie czy takiego powszechnego języka rzeczywiście "łakniemy"? Czy jego nadejście i panowanie miałoby oznaczać, że znikną wielkie r贸żnice, jakie dziś dzielą od siebie muzykę Saariaho, G贸reckiego, Bouleza i Tan Duna (rozumiem, że nowy język będzie tak doskonały i zaowocuje tak wspaniałymi dziełami, że nie byłoby żal skazać wymienionych, jako artyst贸w "przejściowych", na względne zapomnienie, niczym mannheimczyk贸w)? Czy może nowy język ogarnie tw贸rczość wszystkich wymienionych i innych, jako "poszczeg贸lne przypadki" i niedoskonałe prototypy? (Przyznam się, że osobiście nowego "durmolu" jakoś wcale nie łaknę - może nie wiem co tracę przez jego brak - choć podziwiam doskonałość starego i arcydzieła dzięki niemu powstałe).

Co nam da owo muzyczne esperanto (czy angielski), jeśli się na nie zgodzimy lub je sobie powszechnie, ochoczo i spontanicznie przyswoimy? Łatwość komunikacji? Ale przecież w muzyce niekoniecznie o nią chodzi - skoro przedmiotem muzyki artystycznej jest jej język, to widać tw贸rcy i odbiorcy winni go poznawać, nie tylko "stosować". Czy muzyka - choćby Messiaena - mniej jest warta przez to, że opiera się na języku tak indywidualnym i specyficznym, że żaden szanujący się tw贸rca nie przejąłby go w całości? Czy proces indywidualizacji języka muzycznego da się odwr贸cić?

O tym, że muzykę można uważać za swego rodzaju język, czyli system znak贸w służących komunikacji, wiemy od dawna - ujęcie takie okazało się inspirujące i płodne. Bywa jednak, że tworzone w mechaniczny spos贸b analogie staję się podstawą wniosk贸w służących w estetycznych sporach doraźnym celom argumentacji: długie przem贸wienie w całkiem nieznanym języku jest nudne, ale przecież błędem byłoby twierdzić, że na przykład muzyka japońska słyszana po raz pierwszy nie może zafascynować, nawet jeśli w pewnym sensie jej "nie rozumiemy".
Choć zainteresowania i poszukiwania wsp贸łczesnych tw贸rc贸w podążają w tylu kierunkach, że nie spos贸b sprowadzić ich do wsp贸lnego mianownika, w pewnym sensie można m贸wić o "wsp贸łczesnym języku muzycznym", mając na myśli właśnie całokształt - środk贸w technicznych i wyrazowych, nowych i historycznie ukształtowanych znaczeń, dobrze już przyswojonych i nowootwartych obszar贸w wrażliwości (np. na typowe dla nowej muzyki proporcje rytmiczne i czasowe, strukturalne właściwości barwy). W tym jednak znaczeniu termin "wsp贸łczesny język muzyczny" nabiera sensu niemal tautologicznego: "całokształt", suma narzędzi dostępnych tw贸rcy, wszelkich istniejących w danym czasie rozr贸żnień będzie istnieć zawsze, niezależnie od "zgody" na wsp贸lny język. W tym sensie wyrażenie to jest jak najbardziej uprawnione i sam go dla wygody używam.

A skąd w og贸le pomysł, że nowy powszechny język powstaje właśnie na gruncie spektralizmu? Harmonia wywiedziona z analizy spektrum dźwięku to odkrycie, kt贸re się nie przejadło, mikrotonowo skorygowane wsp贸łbrzmienia w nowopowstałych utworach brzmią pięknie i "prawidłowo" - wszystko to wzbogaciło wsp贸łczesny język muzyczny (w przedstawionym wyżej rozumieniu) w spos贸b nieodwracalny. Niemniej pomysł jego kodyfikacji, oczekiwanie na nowego Rameau, to odruch jakby nie z tej epoki - choć zrozumiały, bo dla muzyk贸w (inaczej niż dla reprezentant贸w rozmaitych dziedzin nauk, kt贸rym wystarczy znajomość aktualnego stanu badań w ich dziedzinie) historia jest zawsze żywa, przez co instynktownie poszukują oni historycznych analogii.

Spektralizm zafascynował naszych młodych krytyk贸w i kompozytor贸w (mowa gł贸wnie o środowisku "Glissanda"), ciekawych świata i znudzonych dominującym u nas neoromantyzmem i jego widzeniem rzeczywistości. Z fascynacji tej zrodziło się kilka manifest贸w, w kt贸rych dawano wyraz przekonaniu, że w muzyce, owszem, było źle, ale teraz będzie lepiej, bo wreszcie pomyślano o słuchaczu, czyli o zwykłym człowieku i wszystko ponownie uzgodniono z "naturą" (dokładnie to samo twierdzą ideolodzy neoromantyzmu, tylko gusta mają inne i co innego wychwalają). Świetnie, że młodzi zajęli się tą arcyciekawą muzyką, mam jednak wrażenie, że niekt贸re ich tezy zaskoczyłyby pewnie samego Griseya (gdyby żył) i Muraila, a "spektralna ideologia" nigdzie nie przybrała tak radykalnej postaci, jak w tym kręgu w trzydzieści lat po powstaniu tego nurtu we Francji. Ani mi w głowie ganić zauroczonych za przesadę, bo przecież od sztuki oczekujemy fascynacji - wizje i objawienia pobudzają wyobraźnię nawet gdy są czystą fantazją i tych bym się przesadnie nie obawiał ani wystrzegał, w przeciwieństwie do wytartych i rytualnych zwrot贸w.
KRZYSZTOF KWIATKOWSKI

ROK LI • NR 9 • 29 KWIETNIA 2007

Mysz w Ruchu


ROK LI • NR 9 • 29 KWIETNIA 2007


2013r - Terminarz nadsy砤nia materia丑w


Biblioteka narodowa
Oficjalna witryna banku PKO BP

  Wstecz  Do g髍y  Napisz do nas  DrukujSkomentuj

© 2006-2009 Biblioteka Narodowa