Muzyka współczesna
Relacje
Opera
Historia
Płyty
Archiwum Artykuły Książki Płyty Autorzy Koncerty Prenumerata Reklamy i Ogłoszenia Forum Kontakt
Relacje  Trzy filary MusikFestu

Gdzie ten zeświecczony Zachód? Coś się zmieniło: ileż to razy w "starej Europie" czytaliśmy mądre historyczno-kontekstowe wywody redukujące transcendentny wymiar religijnej twórczości; teraz komentatorzy idą przynajmniej w pobliże sakralnego jądra. Nawet jeśli cytowane szeroko powiedzenie Malraux o XXI wieku jako religijnym albo żadnym to lipa (bo on tego nie powiedział i żywo się od poglądu odżegnywał), to coś się w naszym stuleciu z poszukiwaniem Ducha dzieje (nie mylić z Duchem dziejów). I nie chodzi o religię Sztuki, bo tego modernistycznego bakcyla dziś mało kto łyka; chodzi o jakąś ciekawą, nieopierzoną, ale świeższą niż rutynowe denominacje próbę obcowania z Absolutem, także przy całkiem wyraźnym owych denominacji dostrzeżeniu. Cztery twarze osób sfotografowanych do festiwalowych publikacji, widoczne na plakatach w całym mieście, dzieli wiek, typ fizyczny i rasa: łączy dyskretna elegancja - i wyraźne spojrzenie w górę, jenseits.

Winrich Hopp, kierownik artystyczny berlińskiego festiwalu, ustawił tegoroczny program na trzech filarach z przybudówką. Gmach dźwigają Anton Bruckner, Olivier Messiaen i Karlheinz Stockhausen, a więc twórcy chrześcijańscy, katoliccy (nie tylko "z pochodzenia"), choć w każdym przypadku swoją konfesję wyrażający w sztuce i życiu bardzo nietuzinkowo. Nawet Bruckner, oddany wyznawca, łączy swą floriańską pobożność z kultem Wagnera (choć jako muzyka, nie poety) i pra-kultem Natury. A brucknerzyści przegrzebują ponure zakątki kompozytorskiego Erosa. Messiaenowi, "religijnemu od urodzenia", jak sam zaświadczał, do szczęścia potrzeba jeszcze Indii i legend celtyckich, mistycznej erotyki, no i oczywiście kontemplacji przyrody z ptakami w roli głównej (choć nie jedynej). Wreszcie Stockhausen, od kruchty najdalszy, poligamiczny, panteistyczno-kosmiczny, sui generis nietzscheański, nigdy przecież z wiarą katolicką otwarcie nie zerwał, a pod koniec życia nawet przybliżał się do liturgii.

Przybudówka, w odmiennym stylu, to jubileusz Elliotta Cartera, rówieśnika Messiaena, wciąż żyjącego i piszącego wielkiego Amerykanina, mistrza konstrukcji i zdeklarowanego muzycznego racjonalisty. Którego ratio prowadzi jednakże w bardzo interesujące rejony, o czym powiemy w stosownej chwili.

"Przestrzeń empiryczna" niniejszego sprawozdania to początkowe dziesięć dni festiwalu i dziewięć programów, z wyjątkiem pierwszego zrealizowanych w Filharmonii. Omija mnie niestety główny Stockhausen z podwójnym, a właściwie poczwórnym wykonaniem Grup w hangarze Tempelhofu, końcówka Brucknera, w tym Dziewiąta z Rattlem i - uwaga! - Ósma z Philippem Herreweghe prowadzącym Orchestre des Champs-Élysées; dalej późne monumenty Messiaena: Des canyons aux étoiles i Eclairs sur l'Audelŕ tudzież Chronochromie i Et exspecto resurrectionem mortuorum. A także uzupełnienia w dziełach Ravela, Wagnera. Pärta, Lachenmanna i Rihma. Plus koncert kameralny, wstawiający między Brucknera a Pärta... Suitę Anioła Astora Piazzolli - wprawdzie w aranżacji na "Zwölf Cellisten", ale przez samego kompozytora zestawioną. Brak elementów polskich (tylko Daniel Stabrawa jako prymariusz kwartetu Filharmonii Berlińskiej) księgujemy z przeniesienia po poprzednich latach. Marna pociecha, że poza Rosjanami, Pärtem i chorym Eötvösem (ale ci dwaj to już "zapadnicy") wschodniej Europy nie ma wcale.

4 września - kościół św. Jana Ewangelisty. Stimmung Stockhausena, wyk. Theatre of Voices

Przechodziłem koło tego kościoła nieraz i nigdy nie rzucił mi się w oczy. Wpasowany w pierzeję modnej od parunastu lat Auguststrasse, ulicy galerii sztuki, o rzut pędzlem od alternatywnego kompleksu "Tacheles". Neoromańskie wnętrze podobniejsze do łaźni tureckiej, skromne i trochę zaniedbane - tutejsi luteranie pewnie cienko przędą. Komplet widzów, w środku podwyższenie z kulistą lampą i miejscami dla sześciorga solistów.

  Daniel Harding, Fot. Matt Stuart  
  Daniel Harding, Fot. Matt Stuart  
A więc podobnie jak przed rokiem, MusikFest startuje legendarnym monolitem awangardy. Wstyd, ale od 34 lat nie słyszałem Stimmung na żywo. Wtedy w warszawskiej Akademii, w atmosferze sensacji i hipisowskich klimatach, słuchanie przeszło nam nad zdobytą skądś przez Krzysztofa Baculewskiego "partyturą", a zwłaszcza jej schematem formalnym. Jedną stroną nurkowanie w mistycznej przestrzeni, z drugiej - łapanie miejsca "gdzie teraz jesteśmy". Trudno o gorszy sposób na to dzieło. Ale wrażenie było potężne. Jak jest teraz? W "aż za dobrej" akustyce i kompetentnym nagłośnieniu wychodzi wszystko: utwór brzmi cokolwiek kanciasto, by nie rzec - kolczasto; nie tylko ujawnia się każda minimalna obsuwka nieuchronna nawet w genialnym zespole, ale przede wszystkim poszczególne całostki jakby odpadają od siebie, nie ma tego, co w słyszanych, choćby z głośnika, wykonaniach Stimmung tworzy opalizującą poświatę wokół wykonawców. Tu najpiękniejsze są fragmenty alikwotowe, czyste, przesuwające się spektra, żywa tkanka dźwięku. Gorzej z inkantacjami; może za dosłowne, zbyt dobrze artykułowane. Dodatkowe wrażenie obcości stwarzają fragmenty poetyckie, Stockhausenowe wariacje nad Pieśnią nad pieśniami, podane z idealną dykcją, ale osobliwą niemczyzną, i w ogóle wszystkie słowne akcenty i punkty zwrotne. Nie ma wątpliwości: autorowi chodzi o wyrazisty przekaz tekstu i poszczególne sfery - imion, wezwań i "madrygałowej" poezji powinny być czytelne. Atoli gdzieś po godzinie śpiewania do lampy atmosfera - przynajmniej w mym odcinku nawy - coraz bardziej się rozrzedza, ludzie się wiercą, wzdychają, przy solennym "salem alejkum" i ornamentowanych imionach zaczynają chichotać - trudno to uznać za mistyczne zatopienie we wszechświętości. (Zachwycony aurą koncertu sprawozdawca "Tagesspiegel" siedział chyba w innym miejscu...) Ale ostrożnie! Od dawna zastanawiam się nad funkcją dowcipu u Stockhausena. Poczucie humoru miał, no, szczególne, dialektyka wzniosłości i trywialności odgrywa u niego ważną rolę. Tu - wydawałoby się - wszystko jest serio i na "tak". Czy rzeczywiście?

5 września - Concertgebouworkest, dyr. Mariss Jansons

Amsterdamczycy są już niemal gospodarzami fesitwalu; tym razem nawet go inaugurują, bo koncert wczorajszy był rodzajem przygrywki. Komplet widzów i ogromna, niemal stadionowa owacja. Wczesny Messiaen (Hymne au Saint-Sacrement) i początek dojrzałego Brucknera (III Symfonia) oraz najpopularniejsze ongiś symfoniczne dzieło Francisa Poulenca, Koncert organowy.

Przeżyłem kiedyś w tej sali "cud z Poulenkiem", gdy Simon Rattle z berlińczykami towarzyszył siostrom Labeque w Koncercie na dwa fortepiany: popularny, lekki, niemal graniczący z banałem utwór zyskał wymiary transcendentalne. Jak było tym razem? Z cudami może przesada, ale Jansons wraz z holenderskim organistą Leo van Doeselaarem dali wyśmienitą i logiczną propozycję. Recenzenci wybrzydzają na Poulenkowskie organy, że brzmią jak katarynka (choćby w monumentalnym niderlandzkim wydaniu) i że tyle w tym utworze kiczu. Bo ja wiem? Pewnie, że odwołanie do Bacha ogranicza się do wstępnej inkantacji i jest to bardziej Bach w stylu neobaroku. Że wiele harmonii zatrąca o knajpę, a motywów o tancbudę. Ale w berlińsko-amsterdamskim wykonaniu to łączenie ognia z wodą, gdy się je poda właśnie jako dialog, dialektykę, potrafi ujawnić zaskakującą harmonię. Zwłaszcza gdy tak wielkiej urody jest sama dźwiękowa materia tej niezrównanej (ale też chyba nie mającej najjaśniejszego dnia) orkiestry. Szczęście psują też rytmiczne obsuwki w szybkich zazębieniach między zespołem a solistą (skądinąd bardzo przekonującym i wyśmienicie rejestrującym): tubylcy składają to na karb opóźnień w filharmonicznej trakturze.

Z Symfonią "Wagnerowską" miewałem problemy, gdzieś ulokowane między detalem a całością i między konstrukcją a energią: ale może to sprawa wykonań. Tu okazało się - tak to sobie tłumaczę - że właśnie dialektyczne, dialogowe, organowe myślenie, gdy je porządnie ubrać w materię, daje świetne rezultaty. Niczego nie trzeba usprawiedliwiać, nic nie jest nieprzyjemnym zaskoczeniem. Nawet łamane oktawy w finale, które większość dyrygentów wprowadza jakby z lekkim zażenowaniem albo z takim impetem, że wyglądają na impertynencję, kołyszą się miękko i doskonale wpisują się w sąsiedztwo.

Ukazują się recenzje. Liczba, a zwłaszcza rozmiary budzą zazdrość, z zawartością rozmaicie: przyjdzie się nieraz zadumać nie tylko nad rozbieżnością i apodyktycznością ocen ("i kto to mówi?" - powiecie...), ale także nad niespójnością zaobserwowanych fenomenów. Holendersko-łotewski Bruckner na ogół się nie podoba - jednym dlatego, że kontrasty dynamiczne za wielkie, innym - że ich wcale nie ma. Ale większość piszących zgadza się - niezależnie od oceny - z wyrazistością koncepcji Jansonsa i jej organową proweniencją.

6 września - Göteborgs Symfoniker, dyr. Alexander Briger

W materiałach informacyjnych organizatorzy chwalą rolę, jaką w awansie szwedzkiej orkiestry (skądinąd zawsze bardzo dobrej) do europejskiej czołówki odegrał podział zadań między aż czterech kierowników muzycznych: Gustavo Dudamel zajmuje się całością, Christian Zacharias repertuarem tradycyjnym, Peter Eötvös współczesnym, a Neeme Järvi nadaje pozłoty jako dyrygent honorowy. Niestety, gdzie kucharek cztery, wołają piątą. Węgier zachorował i gotowy program prowadzi młody Australijczyk. Sali ledwie połowa, co gorsza - i to wstyd - po przerwie stopnieje do mniej niż ćwierci.

Najpierw iuvenile Messiaena: rzadko grany Le tombeau resplendissant dwudziestotrzyletniego muzycznego aspiranta, przed czterema laty osieroconego przez matkę: znów wyraźny zalążek stałego stylu, ciekawa mieszanka odwagi, śmiałych pomysłów i... jakby wczesnej rutyny; trudno uwolnić się od wrażenia, że "niepokojąco dojrzały" kompozytor stał się na całe życie dobrowolnym (?) więźniem swych formuł.

  Sylvain Cambreling, Fot. Marco Borggreve  
  Sylvain Cambreling, Fot. Marco Borggreve  
Potem tombeau kolejne: Seven - Memorial for the Columbia Astronauts, Eötvösa koncert na skrzypce solo, zespół sześciu skrzypiec przestrzennie ustawionych (ach, te możliwości berlińskiej sali!) i niedużą orkiestrę z samplerem, gitarą elektryczną i czerema bateriami gongów. Pięknie brzmiąca muzyka, subtelnie "sferycznie" wyprofilowana i sugestywnie zagrana (solo przez Akiko Suwanai), w zamierzeniu kompozytora próbująca penetrować zarazem kosmiczne, społeczne i psychiczne aspekty tragedii orbitalnego promu, pełna symboliki - siódemek w pionie i poziomie, z przejmującymi i niebanalnymi aluzjami do marsza żałobnego. Ciekawe do słuchania i niewątpliwie wdzięczne do analizy... i wciąż wzywające wątpliwości: czy tak wolno, czy sztuka ma prawo robić elegancką formę z tragedii, nawet jeśli jest to z punktu widzenia obserwatora tragedia, by rzec cynicznie, luksusowa... Ja wiem, że intencje, że sublimacja, że homagium, że "kroki ludzkości", że sztuka umie każdą "rzeczywistość" przerobić na swoje i jeszcze wyjść z tego z czystymi rękami, ale głupie pytania się czepiają: czym dla uczestników dramatu różni się śmierć siedmiorga w finale kosmicznej misji na oczach miliardów od śmierci w "banalnym" wypadku. "Czy tych ośmiu, których zabiła wieża w Siloe"... itd. Jak się potem okazuje, nie jestem jedynym wątpiącym. Po Siedmiorgu Akiko Suwanai dość oczywistym, ale przekonującym gestem wchodzi w piękno transcendentne w allemandzie z II Partity Bacha.

Wreszcie "ołtarz wzniesiony sobie", III Symfonia Skriabina. Pierwszy kwadrans Boskiego poematu zjeżyłby sprawozdawcy włosy na głowie, gdyby tam jeszcze były. Co ten dyrygent wyprawia? I czyja to robota? Miesza ten Briger Eötvösowi w kaszy, czy tak miało być? Uwypuklić wszystko na raz, główną melodię razem ze wszystkimi kontrapunktami, tłami i echami? Melodie brzmią okazale i powabnie, ale tuż za nimi tłok. "Mnie też pokaż, i mego sąsiada też!" A tego się nie da: tło musi tu być dyskretne, niekiedy tylko domyślne. To nie Wagner, to nie Strauss, to nawet nie Szymanowski, choć u niego problemy są podobne. Eötvös wielokrotnie dał dowody, że słyszy wielopłaszczynowo, orkiestra świetna, zapewne spełnia jego wymagania, zastępcę trudno podejrzewać o nielojalność, więc tak to pewnie było pomyślane? Nie rozumiem ni w ząb - aż do bardzo pięknie rozwiązanych proporcji w epizodzie ptasim, odkąd wszystko jest już w porządku, a finał wręcz imponujący. Szkoda, że audytorium zwiało; pozostali, odwiecznym prawem rekompensaty, klaszczą ze zdwojonym animuszem.

7 września - London Symphony Orchestra, dyr. Daniel Harding

Hardinga wciąż wszędzie pełno - ale nie basuję malkontentom kwaszącym się, nie tylko w krajach gotykiem pisanych, na "robioną" karierę. Facet mi ani brat, ani swat, po prostu podziwiam jego zmysł muzycznej konstrukcji. I pomysłowość w robieniu "czegoś" z bardzo różnej materii (wahałbym się rzec "z niczego", choć czasem na to wychodzi).

W programie mamy pierwsze rzeczywiście wybitne dzieło Messiaena, Počmes pour Mi, z dodaną Livre pour cordes Bouleza i Brucknerowską Czwartą symfonią. Myślę prywatnie, jak ta Boulezowska Livre mi zbladła: jak gładko zamienia się w konwencję - może to i wina orkiestrowej wersji, idącej w ślady transkrypcji, powiedzmy Suity lirycznej Berga, też niekoniecznie służącej dziełu. W kameralnej, konwersacyjnej sytuacji byłoby więcej dialogu, więcej tajemnicy, a tu po prostu mamy wczesne wydanie typowej Boulezowskiej faktury: zygzak - wężyk lub płaszczyzna - zawijas i tak w kółko. A może Hardingowi sztuka "robienia czegoś" właśnie się nie udała?

Potem było "już tylko lepiej", jak rzekł Kazimierz Rudzki do Blocha po jego radiowym debiucie w roli pianisty. Orkiestra w Poematach Messiaena imponowała równowagą między barwnością i konsekwencją. Gorzej niestety z solistką. Sally Matthews została zastąpiona przez postawną bosonogą kanadyjską Murzynkę Meashę Brueggergosman. Piękna płomienista suknia, przepastny uśmiech i... głos zupełnie nie do tej muzyki, niby duży, a gdzieś zmykający, wielkie wibrato i problematyczna dykcja.

No i Bruckner. Dobrze czytać programy przed wykonaniem, ale może czasem warto się zapomnieć. Zatem, gdy sprawozdawca zasiadł do słuchania niby znanej i bliskiej jego sercu muzyki, uderzyło go zrazu odrębne traktowanie faktury. Zamiast szerokiej fali dźwięków - delikatne tremolo z bardzo dobitnie wyodrębnionym tematem rogu. Potem - inaczej niż zwykle - temat "sikorki" wpleciony w gęstwinę faktur. Jakiś ten Bruckner "dziwny a nowy". Andante znacznie bardziej mahlerowskie niż to, co pamiętam. Teraz będzie myśliwskie scherzo pełne ciepłego jesiennego lasu. Nie, to coś zupełnie innego! Dzika, osobliwa muzyka z nieustannym call and response waltorni i wciąż zaczynających się od nowa, kilkanaście razy w kółko, narastających faktur. Także finał inny niż zwykle mimo materiałowego pokrewieństwa. Przez głowę leci myśl, że to może jakiś kawał i ktoś z następców Beria zrobił fantazję na materiale Brucknera. No, to zaglądamy do programu. Jasne, "erste Fassung, 1874"!

Nie znoszę "gdybania", lecz co by było, gdyby wszelkie dobre dusze nie ciągnęły Brucknera w stronę "muzyki jak się pisze", gdyby przedtem trafił na lojalnego wobec twórców Nikischa, gdyby - przecież wspaniała w końcowej wersji - Romantyczna została taka, jak ją ujął Anno MDCCCLXXIV? Bezczelna epizodyczność scherza to myślenie formalne prawie jak u Messiaena, odrębnymi blokami budulca. Niektóre zbitki motywiczne to niemal Prokofiew. Bruckner pokazał Zerową i Pierwszą, że symfonię napisać umie - i wariactwa w Czwartej na pewno nie były skutkiem warsztatowych niedostatków. Zwłaszcza gdy Harding i jego orkiestra potrafią każdą fakturę z osobna, każdy kontrastujący pomysł ubrać w klarowną materię, nadać mu fizjonomię i odnieść do sąsiadów. Wiem, że to brzmi mętnie, ale po raz kolejny obserwuję tu wykonanie najwyższej, ponad-muzycznej klasy. (Krytykom się nie podoba, że tyle pauz i brak zrozumienia z zespołem... chyba mamy inne uszy!)

8 września - Orchestre de Paris, dyr. Christoph Eschenbach

Znów młody Messiaen-symfonik: pierwszy opublikowany utwór, "medytacja symfoniczna" Les offrandes oubliées (ta, która pod pseudonimem Fragmentu symfonicznego otwierała pierwszą "Warszawską Jesień"). Potem pełna wersja Mojej Matki Gęsi Ravela, po przerwie Symfonia liryczna Alexandra Zemlinskiego.

Doktor Hopp dał popalić sprawozdawcom! Skoro szukamy klucza, gdzież on tutaj? Messiaen wstawiony z automatu, to jasne. Ravel i Zemlinsky - dwa bieguny poetyczności: dziecięcy i erotyczny w dojrzałym wydaniu: to nie jest miłość nastolatków, w dodatku to figura znacząca amorem sacram. Messiaen - pewnie ma to po mamie i jej poezjach - "snuje" na temat słodkiego Jezusa w manierze małej świętej Tereski, ale pisze najbardziej zwartą ze swych wczesnych symfonicznych partytur: czas spływa gładko i przyjemnie, nawet podróż do piekieł w środkowej części ma swoiste powaby. Ale granie... po Holendrach i Szwedach, po londyńczykach z Hardingiem może się podobać, ale trudno o równą intensywność przeżywanej kreacji.

Demon porównań wciąż nie śpi: kilka lat temu w tej sali, na tym samym francuskim "koncercie cudów" gdzie "Labeczki" sublimowały Poulenca, Simon Rattle, jeszcze-nie-szef, pokazał ten sam komplet Ma Mčre l'Oye. No i teraz dopieszczone wykonanie, z zabawną Cesarzową pagód, subtelnym dialogiem Pięknej i bestii i skutecznie pokazanymi scenami mimicznymi, przegrywa w stawce z tamtym niesamowitym stawaniem się muzyki samej z siebie. Do dziś pamiętam tamten Czarodziejski ogród jako coś organicznie wyrastające bez pomocy ludzkiej ręki. Tu była to po prostu elegancko wykonana partytura.

  Sir Simon Rattle, Fot. Simon Fowler  
  Sir Simon Rattle, Fot. Simon Fowler  
Demon wciąż nie śpi. Dwa lata temu zasiadałem tu z wielkimi nadziejami do słuchania Pieśni o ziemi pod tym samym Eschenbachem i zawiodłem się srodze, tym smutniej, że to krajan (geb. 1940 in Breslau). Snadź dano dyrygentowi szansę rehabilitacji, proponując sequel Mahlera autorstwa szwagra Schönberga. Śmichy chichy, ale sprawa poważna i poważne dzieło. Skoro Mahler zdobył Everest symfonicznego liryzmu, każdy po nim może liczyć najwyżej na srebro. A przecież Lyrische Symphonie pod względem jakości materii, konsystencji formy, siły emocji i powagi wyrazu jest zjawiskiem porównywalnym z Das Lied von der Erde. A tu zdaje się, że na początku maestro Eschenbach powtarza wszystkie błędy sprzed dwóch lat, "puszczając" relacje między solistami i orkiestrą. Orkiestra gra pięknie i udział w tym dyrygenta jest pewnie znaczny. Ale śpiewacy sprawiają wrażenie zostawionych samym sobie, przykryci zespołem i chyba nawet rozmijający się z frazowaniem; toteż obdarzonego ciekawym głosem i - jak się w końcu okaże - wielką muzyczną wrażliwością Matthiasa Goerne tylko się ogląda, dumając, co ten gość o powierzchowności hiszpańskiego wykidajły robi na podium berlińskiej Filharmonii (okazuje się, że jest chory). Sopranistka Christina Schäfer ma lepiej, bo orkiestra u niej na ogół cieńsza i mniej od kapelmistrza wymagająca. No i prezencja zupełnie innej klasy, coś z księżniczki, też hiszpańskiej, choć słowa symfonii hinduskie. Ale potem - czy to znów piętrowa akomodacja odbiorcy? - jakoś to wszystko się wygładza, a koniec ma i u solistów, i w orkiestrze walory brzmienia i sugestywność składni niemal równą kreacjom z poprzednich dni. Eschenbach zrobił swoje. Pewnie za rok czy dwa dadzą mu zadyrygować Gurrelieder.

9 września - Orkiestra Südwestfunk Baden-Baden/Freiburg, dyr. Sylvain Cambreling

Dziś Messiaenów aż dwóch, i to znanych: Wniebowstąpienie i Ptaki egzotyczne. A po przerwie Siódma Brucknera. L'Ascension zaczyna się cierpko i podejrzanie: "twarda" blacha jakby nie chciała się poddać rękom i ustom wykonawców. (Zresztą będą z nią lekkie kłopoty do końca). Ostatni chorał smyczków też jakby dopiero czytany, nieśmiały, z górnym głosem niby pokazanym na wierzchu, ale trochę niepewnie. Jeśli tak ma być - to nie wiem czy słusznie: to jest blok, monolit, Chrystus wie dokąd idzie! (Choć można by, bez teologicznego błędu, postawić na zostawioną resztkę ludzkiej natury... czy nie zaczynam gnostycyzować??). Ale z innej strony - w najlepszym monolicie, kararyjskim marmurze też są płaszczyzny, żyłki i odcienie. Chciałbym kiedyś posłuchać tej części jako traktatu o wewnętrznych liniach i ich wzajemnym odniesieniu.

Druga część jest pyszna: unisony drzewa świetnie się komponują z bardzo wycofanymi smyczkami (które w niektórych wykonaniach piszczą i świergolą bez sensu). Dalej podobnie, kanciaste faktury Messiaena są lepiej dopasowane niż czasem myślimy. Trzecia część - cóż, to po prostu scherzo w stylu Dukasa, stylowo pokazane.

Po technicznej przerwie wchodzi pianista Roger Muraro, wzięty spec od Messiaena. Energiczne zawołanie indyjskiej majny brunatnej i oto pierwsza kadencja, jakby trochę z oddali, zbyt grzeczna - no, to nie Ravel, to ma być rozwrzeszczana ptaszarnia ornitologa-amatora. Ale potem coraz ciekawiej, zabawniej, sugestywniej, słuchamy ptaków - nie rytmów i skal, a przy precyzyjnym detalu nieskrępowanym taktem forma składa się sama. Myślę, że o to właśnie kompozytorowi chodziło. Bravi!

A potem Bruckner, jedna z dwóch-trzech najcieplejszych jego symfonii; pierwsza, którą wreszcie uznano. Wszystko byłoby pysznie, gdyby nie znów strażackie forte trąbek i puzonów. Trudno: reszta (z pozostałą blachą, w tym tubami wagnerowskimi) na bardzo, bardzo wysokim poziomie, a Adagio trzyma w napięciu do ostatniego dźwięku. Czego dowodzi zawiesista cisza. Tego Brucknera nie musi się bronić, uciekać do tricków: potrafił napisać muzykę "jak się pisze" ale także "jak (wewnętrznie) trzeba".

11 września - Berliner Philharmoniker , dyr. Sir Simon Rattle

Powtórka (abonamentowa) koncertu wczorajszego; komplet widzów - pojedyncze łysiny przypiszmy wypadkom losowym. Dwa spokrewnione dzieła, choć to wyraźne "Wahlverwandschaft": Preludium i Miłosna śmierć Izoldy Wagnera i pierwszy z Messiaenowskich kolosów: Turangalîla-Symphonie.

Gdy rok temu Bernard Haitink prowadził amsterdamczyków w tym samym tristanowskim dyptyku, wyglądało to na - bez wątpienia szczęśliwe - małżeństwo z rozsądku. Gdy Sir Simon zabrał się za Vorspiel teraz, trudno było wątpić, że Tristan Izoldę, a Ryszard Matyldę kochają prawdziwie, nawet jeśli inni z tego obrotu spraw kontenci nie będą. Ciepłe, potem gorące wykonanie, z dość szybkimi podjazdami pod kulminacje (co mogło się kojarzyć wręcz z idiomem Holendra - ale i tu jesteśmy na morzu - wód i uczuć...). I z przejmująco gasnącą codą. Nie wiem, ileset razy BF grali ten dyptyk; ale można przypuszczać, że coś z duszy Rattle'a też w to wykonanie weszło.

Całego koncertu, a więc i symfonii, słucham z przodu sektora "E", tuż nad kontrabasami. Oczywiście lepiej byłoby przed frontem zespołu, bo świetna Scharounowska akustyka nie jest bez niespodzianek; ale może to i ciekawiej, że zamiast zmiksowanego brzmienia miałem tuż przed sobą orkiestrową kuchnię, co w tak chytrze zinstrumentowanym dziele jest frapujące.

  Daniel Barenboim, Fot. Monika Rittershaus  
  Daniel Barenboim, Fot. Monika Rittershaus  
Zaczęło się fenomenalnie: zarówno Turanga, jak Lîla, zarówno forma, jak wyraz, pion i poziom, logika i suspens, odkrywczość i popularne pożyczki, a przede wszystkim niesamowita inteligencja i ogromna doza humoru. Dawno nie widziałem tylu roześmianych twarzy w zespole (a i na widowni). Ta Lîla (o której obszernie i ciekawie pisze Huizinga) jest chyba podstawowym, ważniejszym niż cały Kosmos i Eros, budulcem dzieła: gra, zabawa, kołysanie, dialektyka niezwykłych zestawień kształtów i brzmień; niesłychanie to wciągające, zwłaszcza w takim wykonaniu. Fantastyczna współpraca dyrygenta, zespołu i solistów (Pierre-Laurent Aimard na fortepianie, Tristan nomen omen Murail na falach Martenota) trwa do końca... - atoli gdzieś po pierwszej połowie z porywającą kulminacją Radości krwi gwiazd trochę powietrza uchodzi, jakby słabła czujność i już Ogród miłosnego snu, po którym spodziewałem się niemal narkotycznego upojenia, jest po prostu pięknie wykonanym Messiaenowskim adagiem. Bardzo pomysłowa część siódma, błyskotliwa - ale jakby nie tak, jak poprzednie - ósma i cokolwiek zdawkowa dziewiąta (ale ona chyba jest po prostu tak napisana? - choć pewnie dałoby się jeszcze w tych rytmach pogrzebać...) znajdują porządne dokończenie w finale, ale wciąż nie mogę się pozbyć myśli, że skoro Messiaen część piątą napisał jako ostatnią, to może dobrze byłoby nią właśnie zamknąć całość?

12 września - Konzerthausorchester Berlin, dyr. Lothar Zagrosek

"Sagrosek", "Cagrosek" czy "Zagroszek"? - deliberują sąsiadki, recenzentki drukujące grażdanką, co wymusza poprawną fonetyczną transkrypcję nazwiska. Mniejsza o powikłane kulturowo berlińskie imiona: to akurat jakkolwiek wymówisz, wiadomo o kogo chodzi: maestro Lotario zadomowił się nad Szprewą dobrze. Koncert piątkowy zbudowany jest pomysłowo: dwóch Rosjan (którzy się nie znosili) penetrujących możliwości wielkiej postimpresjonistycznej orkiestry. I dwóch Francuzów (z których młodszy składa hołd starszemu) badających wnętrze dźwięku i jego psychologiczne wymiary. A do tego co najmniej dwóch z czwórki serio zainteresowanych praktycznymi konsekwencjami synestezji zmysłowej. Kolejno: Modulations Gérarda Griseya z jego programowego cyklu Les espaces acoustiques, Le Chant du rossignol Strawińskiego (w wersji poematu symfonicznego), Couleurs de la cité céleste Messiaena i Le Poeme de l'extase Skriabina.

Utwór Griseya najpierw, przed laty, zobaczyłem w partyturze, gdzie oczywiście uwagę zwrócił najpierw numer z szykującym się do uderzenia w talerze perkusistą (kto nie zna Modulacji: jest to rodzaj podróży po możliwych wydarzeniach dźwiękowych pomiędzy rozpoczęciem i zakończeniem owego uderzenia). Rzecz łatwo położyć, gdy poszczególnym planom i płaszczyznom nie nada się jakiegoś pozaakustycznego werniksu, jakiegoś dramaturgicznego wykończenia. Wiem, że myślę tradycjonalnie, ale w końcu facet pisze na orkiestrę do wykonania na koncercie, a nie demonstrandum na wykład. Tu miałem wrażenie, że Zagrosek chciał koncertowo, a wyszło cokolwiek uniwersytecko. "O patrzcie, jakie tu mamy składowe, a jakie tam." Z kolei numer z perkusistą wypaliłby w dziesiątkę, gdyby muzyk nie chciał za bardzo go uteatralnić.

Barwy miasta niebiańskiego. Ha! Sąsiadka, Rosjanka, narzeka na przewagę racjonalnej konstrukcji w apokaliptycznej wizji Messiaena. Bo ja wiem? Każde Jeruzalem, choćby niebiańskie, musi jakoś trzymać się praw statyki, niechby napowietrznej. (Najwięksi mistycy potrafili być niezwykle ścisłymi umysłami.) Ale ja sam mam z tym utworem problemy większe niż z jakimkolwiek innym u Oliviera od Św. Trójcy. (Może jeszcze z Livre d'orgue). Mniejsza o kolory i skojarzenia, to w końcu jego prywatna sprawa. Ale bez porządnej analizy partytury trudno mi się połapać w materii i message'u. Bo to utwór ani zbyt naturalistyczny, ani polistylistyczny, ani uwodzicielsko romantyczny, w gruncie rzeczy jednolity, ale jakoś dziwnie połamany - a może wciąż nie umiem policzyć tych stóp i modeli?

W ogóle koncert w dziewiątym dniu festiwalu także dla wprawionego słuchacza może być spisany na straty - nawet gdy organizatorzy nie forsują ilości imprez i dają po jednej, nawet z oddechem w dniu powtórki (hura!). Idziemy z nawyku na plac Karajana i czekamy co podadzą. Lubię tę orkiestrę, do Zagroska, jak by go nie wymawiać, mam słabość i doceniam jego repertuarowe ambicje oraz muzyczne "szczególarstwo" połączone z wielką energią. Ale coś w tym wszystkim się wymyka; pyszne fragmenty Słowika nie budują fabuły, ostre barwy Barw raczej kojarzą się z gorszymi niż lepszymi pomysłami na Messiaena (choć to na pewno niesprawiedliwe; wykonanie, z solistą Ueli Wigetem, jest bardzo dobre); w Ekstazie nie ma nie tylko ekstazy, ale przede wszystkim brzmienia - to dziwne: ogromny zespół w wybornej akustyce, doskonale słyszący dyrygent - i kompozytor, który może nie jest mistrzem instrumentacji (zwłaszcza grany po Strawińskim) ale przecież swoje wie i niejednego potrafi porwać za sobą. Nawet jedyny fragment Ekstazy, który lubię ponadprzeciętnie, wielka kulminacja dzwonów przed ostatnią pauzą generalną, jest jakoś pozbawiony środka, mięsa, wypełnienia. Ale to może ponadprzeciętne zmęczenie materiału sprawozdającego, w dodatku przeziębionego. Zatem powiedzmy: raczej koncert był dobry, tylko recenzent zły?

13 września - Staatskapelle Berlin, dyr. Daniel Barenboim. Koncert jubileuszowy Elliotta Cartera

Carter nie przyjechał, czegośmy się w gruncie rzeczy spodziewali. Czego się natomiast nie spodziewało wielu sceptyków z niżej podpisanym włącznie, Daniel Barenboim poradził sobie z fakturami i rytmami Cartera wyśmienicie, a w Symphonii dał prawdziwą kreację.

Pierwszą część wieczoru wypełniły trzy krótkie utwory z solistami, skomponowane przez Cartera w drugiej połowie lat dwutysięcznych, a więc po dziewięćdziesiątce piątce. Muzyka świeża - wielu trzydziestolatkom już zdarza się większa sztampa! - a miejscami porywająca. Najpierw ciekawe, ale chyba lepsze po analizie niż przed, dziełko na orkiestrę obramowane króciutkimi interwencjami fortepianu - w sam raz dla Barenboima: więcej dyrygowania, mniej roboty na klawiaturze. Potem znakomity cykl wokalny do słów Williama Carlosa Williamsa, jednego z ulubionych poetów amerykańskich kompozytorów; szczególnie środkowa część, wariacja na temat monologu króla Leara, z sugestywnie trzeszczącymi dźwiękami burzy, zupełnie nie kolidującymi z głosem, byłaby wielkim sukcesem, gdyby nie solistka, ceniona tu skądinąd śpiewaczka Opery, Michelle de Young: frazy na jedno kopyto, vibrato z maszynki, ta sama barwa do wszystkiego, dykcja lekko-półśrednia i w gruncie rzeczy tylko wzrost (zwłaszcza w obuwiu) zasługujący na uwagę. Trzecie solo to Koncert waltorniowy - muzyka pyszna, drobiazgowo przemyślana, cienkim ale intensywnym strumieniem płynąca i wciągająca uwagę mimo (sic!) solowego instrumentu, na którym gra z blaskiem i oddaniem Ignacio Garcia. Tego sola nie rozumiem ani trochę. I tu chyba nawet analiza nie pomoże: boję się, że arcywarsztatowiec Carter też poległ w zwarciu ze złocistym ślimakiem. Kto wreszcie napisze pierwszy w światowej literaturze wielki i piękny koncert na róg, oddający sprawiedliwość temu wspaniałemu instrumentowi? A jeśli taki jest, tylko nie znam, to dawać go czym prędzej!

Po przerwie dzieło o dekadę wcześniejsze, pod tytułem Symphonia: sum fluxae pretium spei. 'Jam nagrodą płynnej [= nieuchwytnej] nadziei' - jakoś tak można by oddać fragment z niezwykłego monologu bańki mydlanej zapisanego w XVII w. przez Richarda Crashawa. Piszący te słowa należy do klanu karterzystów, więc zacznie od uchylenia czapki. Mimo, że symfonia jest składanką osobnych zamówień, mimo że kolejność części nie jest oczywista (Barenboim zagrał je od tyłu), dzieło jest imponujące. Najbardziej okazała część, Partita (ta sama co na "Warszawskiej Jesieni"), to konsekwentna dialektyka ciągłości - bardzo bogata, rozłożona pomiędzy grupami smyczków linia melodyczna, prosta lub heterofoniczna, plus niezwykły świat epizodów, ewolucji, przetworzeń, spiętrzeń i wszelkiego rodzaju orkiestrowych wydarzeń. Środkowa część (skąd by nie zacząć), Adagio tenebroso, zgodnie z tytułem ewokuje ciemności i cienie, które - skrzyżowane - zamiast redukować, wzmacniają się w bogatej kulminacji. Wreszcie Allegro scorrevole, które - gdyby symfonia miała cztery części - mogło starczyć za scherzo, to konsekwentny łańcuch drżeń, powtórek, pasemek; daleki (ale samodzielnie się utrzymujący) krewny postimpresjonistycznych kolorystów. Publiczność (jakieś 70% - jak na dość słabo tu zadomowionego twórcę to sukces) klaszcze bardzo gorąco, a sprawozdawca, jak rzadko kiedy, ma ochotę posłuchać całej symfonii jeszcze raz, już teraz, a potem trzeci raz - z partyturą.

No i "byłoby na tyle". Szkoda zostawiać świetnie biegnący festiwal (mimo pewnego zmęczenia materiału... czy jednak nie powinno to trwać koło 10 dni z samymi topowymi koncertami?), bo jeszcze moc atrakcji. Do tego nie kończą się przygody z twórcami-filarami; Messiaena wszędzie pełno: niedługo Ptaki egzotyczne zaśpiewają w Konzerthausie pod ręką Zagroska, a już w niedzielę 14 września startuje w Filharmonii cykl "Godzin organowych" prowadzonych przez niezmordowanego Ulricha Eckhardta, dawnego wieloletniego szefa Berliner Festspiele. Na początek najlepsza niemiecka znawczyni Messiaena, Almut Rößler i Medytacje o Św. Trójcy. Także Cartera i Stockhausena nad Szprewą grają przez cały sezon. Dobrze oprócz głównego gmachu na trzech kolumnach mieć jeszcze inne, pod lipami i innym drzewostanem.
RAFAŁ AUGUSTYN

ROK LII • NR 21 • 12 PAŹDZIERNIKA 2008


ROK LII • NR 21 • 12 PAŹDZIERNIKA 2008

Biblioteka narodowa
Oficjalna witryna banku PKO BP
Szkoły muzyczne

  Wstecz  Do góry  Napisz do nas  DrukujSkomentuj

© 2006-2009 Biblioteka Narodowa